poniedziałek, 10 listopada 2014

Od Juliette

Ten bezczelny hałas budzika! Przecież ja nigdy nie nastawiam sobie budzika.
Kochani rodzice najwidoczniej mnie wyręczyli. Złość szybko minęła w niepamięci kiedy wyjrzałam za okno i ujrzałam deszcz. Dopiero po wyłączeniu budzika zdołałam usłyszeć jego lament.
Rozciągnęłam się z widocznym uśmieszkiem.
-Widzę, że już wstałaś.- uśmiechnęła się Elizabeth
- Widzę, że musiałaś usłyszeć ten cholerny budzik, który nie tylko rozległ się po mieszkaniu, ale jak widzisz obudził również mnie, ale zapewne skoro stał na mojej półce nocnej to pewnie nie przypadek.- odparłam rozciągając się . Zignorowała moje zdanie.
-Śniadanie gotowe, zejdź na dół.- powiedziała ciepłym głosem. Ona tak łatwo nie wymięka, dobrze, że ma w sobie tyle cierpliwości, ale nie starczy jej dla mnie.
- Nie mam ochoty, zjem później na mieście.
-Rozumiem- powiedziała zrezygnowana zamykając drzwi.
Nie mówię, że jej nienawidzę, ale ona mnie nie zrozumie.
Szybko się ubrałam i wyszłam z pokoju. Kiedy już otwierałam drzwi na zewnątrz usłyszałam głos Elizabeth.
-Gdzie idziesz?-zignorowałam jej pytanie, wychodząc na zewnątrz.
-Nie widzisz, jaka jest fatalna pogoda?!-zapytała już z lekką pretensją. Na mojej twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek.
-Nie widzisz jaka jesteś zakompleksiona? Nie otworze się przed tobą. Idź rozerwij się, zrób sobie wypad z przyjaciółkami, masz zaledwie 30 lat, przejmujesz się taką jędzą jak ja. Upij się do nieprzytomności. zobaczysz poczujesz ulgę.- puściłam do niej oko i trzasnęłam drzwiami.
-Ach ten zapach ironii- uśmiechnęłam się do siebie i powolnym truchtem skierowałam się do lasu.
Dopiero w lesie zaczęłam porządnie biec, narzucając sobie prawdziwe tempo, ale nie jeszcze takie najwyższe. Nie zamieniłam się w wilkołaka, owszem czyni mnie ta postać kimś silniejszym i ważniejszym,ale nie lubię być wilkołakiem, ograniczam tą postać do minimum. Uważam, że te przemiany tylko niszczą mi życie, nie potrafię ujrzeć plusów bycia wilkołakiem, oprócz lepszego kamuflażu, zabijać to i ja mogę jako człowiek. Nic nie robić tez mogę jako człowiek. Wątpię czy ktoś poda mi jakieś porządne argumenty w byciu wilkołakiem.
Dźwięk kropli deszczu uderzających o rzeczywistość, głośna muzyka, bieg, czego mogę sobie wymarzyć z rana? Bo raczej nie tego chłopaka który wziął się znikąd a na dodatek wpadł na mnie.
Byłam cała w błocie,leżałam na chłodnej i na dodatek wilgotnej ziemi, a on miał ze mnie niezły ubaw. Nie dość efektownie powstrzymywał się od śmiechu. Lekko skulił się w moją stronę po czym wyciągnął rękę. "Dżentelmen się znalazł." -pomyślałam, po czym rzuciłam w niego piaskiem zmieszanym z nieświeżą wodą. Jego uśmiech spłyną z jego twarzy razem z ociekającym błotem. Uśmiechnęłam się złośliwie po czym samodzielnie stanęłam na nogach.
-To nie było grzeczne- warknął, wycierając dłońmi twarz z błota.
-Tak? Spójrz na mnie!- syknęłam
-Pomóc ci doprowadzić się do porządku?- owszem było to pytanie, ale zadał je w sposób jakby nie chciał słyszeć odpowiedzi. Czułam, że w głowie nieznajomego kreuje się właśnie coś czego powinnam się obawiać. Spojrzałam na niego wzrokiem typu: "Nawet nie próbuj."

Objął mnie w talii i zarzucił mnie na bark, jak jakiś worek! Lecz zrobił to wyjątkowo delikatnie. Byłam kompletnie zdezorientowana, zaczęłam się szarpać, ale po chwili zrezygnowałam z szarpaniny. Nie było warto był o wiele silniejszy.
- Krzyczałabym żebyś mnie puścił, ale i tak pewnie tego nie zrobisz? -zapytałam w razie czego.
-nie.- odpowiedział krótko.
-będę żałowała mojego czynu?-zapytałam obojętnie
-oczywiście.-odpowiedział z uśmiechem który mnie zaniepokoił.
W pewnym momencie się zatrzymał.
-wreszcie! możesz już mnie puścić? - po chwili żałowałam tego pytania.
Staliśmy dosłownie na krańcu wysokiego klifu u którego stóp biły się fale, o jego ścianę. Modliłam się aby nie spełnił mojego życzenia i mnie nie puścił. Znów ten jego uśmieszek wzbudzający we mnie ciarki.
Zamknęłam oczy. Kierowałam się wyobraźnią do bezpiecznego miejsca, wtedy on ściągnął mnie, że swojego barku, z pozycji worka. Wsunął rękę pod moje nogi,drugą objął plecy,a potem kazał objąć się za szyje. Stwierdziłam, że mój opór w tej sytuacji może pogrążyć sprawę. Już go nienawidziłam.
-Teraz się nauczysz, że nieładnie ze mną zadzierać.
Po chwili po czułam jak stracił grunt po stopami. Moje włosy szarpał wiatr, ściskało mnie w żołądku. Skoczył. Zacisnęłam ręce, jeszcze bardziej na jego szyi. Zanim zdążyłam wziąć porządny oddech zanurzyliśmy się w wodzie. Czyżby zapomniałam go powiadomić, że nie potrafię pływać? Cudownie. Umrę przez to, że rzuciłam w kretyna błotem. No dobra, nie mnie oceniać ludzi, ale to on na mnie wpadł, a poza tym każdego tak witam, tą oceną, on raczej nie jest jakiś wyjątkowy, aby było inaczej.
Czułam jak powoli braknie mi bezcennego tlenu. Moje płuca zalewała woda. Po chwili podpłynął do mnie, łapiąc w pasie wynurzył tak abym mogła nabrać powietrza.
-Cholera! Co to miało znaczyć?-wysapałam
-A takie tam nauczki.- zmierzył mnie wzrokiem.
Cała się telepałam. Było mi okropnie zimno. Ciarki przeszywały moje ciało. Za każdym razem kiedy wiatr się nasilał to trwało to w parze z moimi drgawkami.
-Chyba ci zimno- stwierdził.
-Chyba wcale się tym nie przejmujesz- spojrzałam na jego rozbawioną twarz.

(Issac?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz