środa, 19 listopada 2014

Od Juliette do Asa

Jeszcze przed chwilą spałam, spałam w moim ciepłym łóżku, a teraz siedzę w salonie przy kominku i piję kawę, obecna sytuacja nie była by taka zła gdyby obok mnie nie siedzieli rodzice zastępczy nieustannie zrzędzący na postawę mojej osoby.
- Jak mogłaś tyle wybić?- lamentowała Elizabeth, ja tylko teatralnie przewracałam oczami.
-Nie przesadzajcie.- odparłam zmęczona tą niewygodną rozmową
- A ta praca w tej agencji? Na prawdę chcesz ścigać morderców i oglądać z masakrowane trupy? - mówił gniewnym tonem
- Może mnie to pociąga? Chyba lepsze to niż praca jako prostytutka?- zaczynali mnie coraz bardziej irytować, a mój gniew coraz większy, ale nadal panował u mnie spokój słowa.
-Nie tym tonem!- wrzasnął
-proszę cię-zachichotałam- krzyk na mnie nie działa.
Po chwili po mieszkaniu rozległo się głośne pukanie. Rodzice nagle się wyprostowali i z trudem zmyli gniew z twarzy. Aktorzy! W porównaniu do mnie, nie dorastają mi do stóp.
-Spodziewaliście się kogoś? -zapytałam, a oni potraktowali mnie jak nie posłusznego psa, ignorując szczekanie, a następnie skrzyczeli, lecz obecność obcego za drzwiami ograniczyła ich do rozkazu typu "waruj" :
-Zachowuj się-usłyszałam,westchnęłam głośno.
Po chwili otworzyli drzwi, po czułam zapach męskich perfum.
-Dzień Dobry panu.-usłyszałam, gdzieś za plecami
-Witaj Asa, za nim Kath zaprowadzi cię do garażu usiądź, na pewno zmarzłeś, zrobię herbatę.- przywitała go Elizabeth.
Mechanik-stwierdziłam w myślach. Szybcy są, no wczoraj imprezie trochę, popiłam i troszeczkę poobijałam samochód, wiem że na pewno przedziurawiłam bak, popsułam hamulce, pobiłam światła, taki jednorazowy wyskok poza margines. Pewnie będę musiała mu zapłacić ze swoich pieniędzy... ehh, naprawi samochód to od razu po tym go zabije i każdy będzie szczęśliwy, nikt się nie dowie. Zwykły mechanik, żadna trudność.
Myślałam tak dopóki nie usiadł na fotelu obok. Nie wyglądał jak pospolity mechanik, spodziewałam się kogoś bardziej łajzowatego i nie wilkołaka. Chęć zabicia go i chęć nie ponoszenia kosztów za naprawę zniszczonego samochodu z własnych zaskórniaków zniknęła z chwilą kiedy ukazał mi się na oczy.
Gdybym była w humorze, wyspana może moja myśl miała by sens, w każdym razie mam przewagę. On co dopiero wszedł, z zewnątrz więc żadną trudnością jest wyczucie jego specyficznego zapachu, on z wyczuciem mojego zapachu miał problem. Przesiąkłam zapachem szarych ludzi, biegali wśród mnie oddychałam ich powietrzem, co daje mi pewną przewagę, element zaskoczenia.
Nie zaprzeczę, że czułam się speszona, jego umięśniona postać wilkołaka właśnie rozwiała nadzieje na uniknięcie satysfakcji rodziców biologicznych z wypełnienia przeze mnie ich kary.
-Katherine- przedstawiłam się grzecznie wlepiając na twarz uśmiech, granie grzecznej nastolatki wcale nie jest takie trudne.
-Asa- odwzajemnił uśmiech patrząc na mnie po czym skierował się do Elizabeth, stwierdzając że przeżyje bez gorącej herbaty.
-To może soku, kawy?- pytała nie dając za wygraną, jakie nadzieje, że umili mu tu pobyt.
-Nie, naprawdę dziękuje.- powiedział już lekko zdenerwowany
-On wolałby coś mocniejszego, na przykład bourbon- zachichotałam i usłyszałam, że on również się śmieje, a po chwili poczułam na sobie wrogi wzrok Elizabeth, wtedy uśmiech zmył się z mojej twarzy przygotowując się na jej obelgi.
-Ty lepiej nic nie mów o alkoholach po twoim weekendowym wypadzie. - zagroziła
Nasze relacje nie wyglądały tak jak powinny wyglądać relacje matka-córka, ponieważ takie nigdy nie będą, nie da się zrobić czegoś z niczego. Ona nigdy nie będzie nazwana przeze mnie mamą.
Po chwili stwierdziłam, że nie mam zamiaru przebywać w ich towarzystwie, narzuciłam na siebie kurtkę i stojąc przy drzwiach zawołałam do chłopaka. Miałam wrażenie, że dopiero na zewnątrz mógł wziąć oddech i nie musieć udawać kogoś grzecznego przez ludźmi,których uznawał za tych co będą mieli mu zapłacić, przyszedł tu by zrobić to co należy i nie wnikać z nimi w jakie bliższe kontakty.
Odsunęłam szybkim ruchem drzwi do garażu nawet nie zerkając na samochód.
-Oto i on.- wskazałam ręką na samochód o potrzaskanej masce i Bóg wie jeszcze czym.
Chevrolet Camaro SS, przyzwoity rocznik, bodajże 68. Co ja z nim zrobiłam? Szkoda mi bardziej samochodu niż utraty darzenia miłości do tego autka przez Matt'a. Musiał poświęcić dla niego kilku letnią pensje.
On kiedy ujrzał zmasakrowany samochód, zaśmiał się głośno, a ja chłodno na niego spojrzałam.
-Gdzie ty jeździłaś po...- zdążyłam przerwać mu naśmiewanie się
-To da się coś zrobić czy nie?
-Jestem cudotwórcą, spróbuje.-oparłam się o ścianę garażu krzyżując ręce na piersiach. On stał obok.
-No co tak stoisz?- zaśmiałam się możesz zaczynać.
-Wolał był robić to w samotności twoja obecność mnie rozprasza.- powiedział pewnie z nadzieją, że grzecznie mnie odprawi. Powstrzymywał przede mną tą złość, chyba miał jakiś lepszy dzień.
-Aż tak wędruje ci po głowie? Nie ufam ci, będę patrzeć jak tworzysz cud.- uśmiechnęłam się złośliwie mierząc wzrokiem chłopaka.


(Asa?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz