wtorek, 11 listopada 2014

Od Iaan

Życie w tych ponurych momentach wydawało mi się być jednym, wielkim żartem, który Bóg na nas sprowadził, zadając nam w ten sposób pokutę za popełnione grzechy. No bo cóż, jest to lekka jednak przesada, iść przez kilkanaście dni we mgle, bez jedzenia i wody, a mając za i przed sobą jedyne las, który wydawał się nie mieć końca. Stąpałam cichym, miarowym krokiem po usłanej zgniłymi liśćmi ziemi, wsłuchując się w rytm swego serca i oddechu. Ach, cóż to za było za przeżycie! Tylko ja i otaczająca mnie cisza, niby uśpiony świat.
Nieco już zirytowana, tą ciągnącą się wędrówką, a także uczuciem ssania w żołądku, nie zwalniając z kroku poczęłam węszyć w powietrzu, unosząc łeb wysoko, hen wysoko do góry, w poszukiwaniu tropu zwierzyny. Nic jednak takiego nie było, a za to znany już mi smród spalin. Tutaj jednak, jego stężenie zwiększało się z każdym krokiem. Zdezorientowana, przystanęłam i kichnęlam, potrząsając łbem. Cóż za niedorzeczność, pomyślałam, ale trzeba tam iść. Trzeba sprawdzić, co tam jest.
Myśląc o tym, skierowałam ciemny pysk w stronę źródła zapachu. Kiedy zaś nadstawilam uszu, usłyszałam nieznany mi do tej pory rumor. Zaintrygowana, podążyłam tym że śladem, nie wiedząc nawet, jak bardzo będę tego żałowała.
Hałas robi się coraz to głośniejszy, a ja wyczuwam, iż zbliżam się także do wody. Zaintrygowana, biegnę dalej, szybciej, gwałtowniej. Nagle, między drzewami zauważam blask tafli jeziora. Kiedy wychodzę z zarośli, moim oczom ukazuje się widok, który nie w sposób opisać. Po drugiej stronie wielkiego zbiornika wodnego widać ogromne budynki, sięgające chmur, dziwne konstrukcje, a wszędzie niespotykanie odziani ludzie i jeszcze bardziej niepokojące, poruszające się metalowe puszki. Gwar i zapach otumania, a w moim umyśle zapala się lampka ostrzegawcza- 'Uciekaj!' Jednakże jakby coś mnie przygwoździło do ziemi, nie jestem w stanie się poruszyć. Straszliwe odgłosy dudnią w mojej głowie, zapach kąsa i gryzie w płuca, straszliwie piekąc w nos. Dopiero po chwili orientuję się, że stoję na wzgórzu, zaledwie pięśdziesiąt metrów od... tego strasznego 'czegoś'. Jednak widzę wodę. I chociaż umysł duktuje inaczej, to niepewnym, drżącym krokiem ruszam w stronę wody. Kiedy mimowolnie zniżam głowę, by skosztować podejżliwie brązowej substancji, moim ciałem wzdryga dreszcz. Brr, ledwo przez mój przełyk przebrnęła odrobina cieczy, już zaczynam się krztusić i prychać, marszcząc nos. Czuć jedynie ludzkie odchody i chemikalia. Powraca jednak świadomość umysłu, więc czym prędzej wydaję z siebie ironiczny warkot i galopem wracam do leśnej gęstwiny.
Tam rozpędzilam się i po kilku chwilach pędziłam na łeb, na szyję przez krzaki, nie zważając na otoczenie. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. I nie chcę spotkać, jednak coś mi podpowiada, iż wiele takich jest miejsc na świecie. Kiedy zapach tego miejsca znikł z atmosfery, zwolniłam, pozwalając by łapy przestały mi drżeć. Nie możesz się bać, powtórzyłam sobie pierwszy raz od wielu miesięcy, po czym usiadłam pod pierwszą-lepszą sosną. Jednak widocznie nie dany jest mi spokój, o nie. Otóż do moich nozdrzy doleciała woń, woń której tak bardzo pragnęłam. Woń pobratymca, z każdą chwilą coraz mocniejsza. Tak, z pewnością był to dorosły osobnik, w sile wieku, miał może 20 lat. Co ciekawe, czułam w tamtym momencie również inne osobniki, ci wskazywało na watahę. Ale w tym miejscu? Tak blisko tamtego strasznego czegoś? Może oni wolą ludzką postać od wilczej? Trzeba przyznać, nigdy takich nie spotkałam. Nigdy nie widziałam wilkołaka w ludzkiej skórze. Sama nigdy szczególnie nie dostrzegałam tej umiejętności, mając ją za zbędną. Po co być tak dziwną istotą? Nie wiem. Jednakże jestem stworzeniem społecznym i winnam przebywać wśród swoich. Ot, taka niepisana, a oczywista zasada. Jednakże, nie miałam pojęcia, czy wataha będzie wobec mnie wroga bądź przyjazna. Wilcze zmysły podpowiedziały mi, iż znajduję się nieopodal granicy watahy, natomiast jeśli udam się pod granicę, nikt nie będzie miał prawa mi cokolwiek zrobić. Tak więc, podnioswszy się, strząsnęłam z sierści zaschłe liście i ruszyłam przez mgłę, idąc za moim nosem i ufając mu, że mnie nie zawiedzie.
A jednak, nie zawiódł. Zapach stawał się coraz to mocniejszy, a ja wyczuwałam coraz więcej osobników. Może 20? 30? Nie wiem dokładnie, ale to okaże się potem. Niemniej, teraz truchtałam z nosem przy ziemi, kiedy nagle mój organizm skamieniał. Ktoś tu był. Ach, tamten, którego wcześniej zwęszyłam. Nastroszyłam uszy i powolnie uniosłam łeb. Za zasłoną z krzaków, która mnie osłaniała, widniała niewielka, przesłonięta mgłą polanka. Kiedy skierowałam wzrok na przeciw siebie, w kierunku, z którego dochodziła charakterystyczna woń, ujrzałam parę ciemnych oczu. Sama się nie ruszyłam, instynktownie, ale on mnie widział. Bowiem po chwili wyłonił się z krzaków, ogromny, silny basior, z ogonem lekko kiwającym się na boki, uniesionym do lini grzbietu. A więc nie był Alphą. Odsłonił lekko wargi, ukazując szereg białych zębów.
- Wychodź! Wyjdź i pokaż się, nieznajomy!- jego głos, ociekający jadem, zachęcił mnie do działania.
Toteż zadarłam wysoko ogon, po czym przedarłam się przez zarośla, zgrabnie wyskakując kilka metrów przed nim.
- Kimś ty jesteś?- warknęłam, jeżąc sierść na karku. Było to jednak zbędne- przeciwnik i tak był dwa razy większy ode mnie. Ech, ten pech. Jednak nie zmierzałam ulegać. Gdy ten zrobił krok w moją stronę, syknęłam wściekle, zmuszając go do cofnięcia się.

Ten, po wykonaniu owej czynności, zaczął przybierać ludzką postać. Jego łapy oraz tółw wydłużyły się, z ciała znikło jasnoszare futro, a twarz przybrała ludzki wyraz. Po dwóch sekundach przede mną stał człowiek. Mężczyzna spojrzał na mnie z ironią, po czym na jego twarz wypełz ironiczny uśmieszek, bardziej przypominający grymas.
- No, małotato, zmień się i załatwmy to po ludzku.
Na te słowa poczułam rozdzierającą złość, tak w głębi serca. Nie jestem małolatą, a w człowieka zmieniać się nie zamierzam, nawet nie umiem. Wobec zaistniałej sytuacji wyszczerzyłam kły i powolnie ruszyłam w stronę przeciwnika. Wciąż nie znajdowałam się na terenie watahy, więc nie obowiązywały mnie żadne prawa. Toteż w tamtej ciągnącej się w nieskończoność chwili, krążyłam wokół mężczyzny, którego twarz nic nie wyrażała. Czułam jednak zaskoczenie. Co jakiś czas wyskakiwałam naprzód i kłapałam zębami w powietrzu, zmuszając go do stania w bezruchu. Obcy jednak przemienił się z powrotem w wilka, a zrobiwszy to, zawył, długo i przeciągle. O zgrozo, ktoś mu odpowiedział. Słyszałam, że kolejny wilkołak biegnie przez las, a po chwili ukazał mi się ogromny, czarny basior, z szarym pyskiem. Warknęłam przeciągle na obydwóch, którzy teraz zaczęli mnie okrążać, po czym zerwałam się do ucieczki. Oni jednak zaczęli mnie gonić, sadząc wpośród przerzedzającej się mgły susy godne dzikiego drapieżnika. Dopiero teraz zorientowałam się, w jak beznadziejnym położeniu jestem. jednakże, rozpaczliwie rozglądałam się za schronieniem. Nim jednak się obejrzałam, przede mną jakby znikąd wyrósł kamień, ogromny, szary głaz. Wbiłam pazury w ziemię, pragnąc wyhamować, jednak leciałam prost na ów giganta. Nagle poczułam, że spadam w dół. Otóż, po otworzeniu żółtych ślepi, zorientowałam się, iż wpadłam do małej, borsuczej nory, usytuowanej pod kamieniem. Kiedy spojrzałam w górę, w stronę wylotu z tego niecodziennego schronienia, ujrzałam dwa pyski przeciwników, którzy pragnęli się do mnie dostać. Szło im to jednak na marne. A więc nie wszystko przegrane! Tak pomyślawszy, zaniosłam się wilczym śmiechem (warkotem).

<Isaac? Asa? Tak, wiem, małolat atakuje, a potem ucieka. xdd>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz