Trochę dziwne mi się wydało, że wszyscy są tutaj tacy mili, a przynajmniej ta jedna osoba, którą miałam szczęście poznać. Pod postaciami wilków zwiedzałyśmy okolicę.
- To więc mówisz, że gdzie mieszkasz? - powiedziała, gdy zmieniłyśmy się z powrotem w ludzi
- Na Orchard Street, urocze miejsce, nie powiem...
- Nie męczy cię mieszkanie w mieście, nasze uszy...
- Tak, ale do hałasu można się przyzwyczaić, tak samo do zapachu spalin, pozatym czasami mogę się zdrzemnąć w lesie
- Nie robiłabym tego na twoim miejscu, niektóre wilkołaki... Jakby to powiedzieć.. Nie do końca są uradowani na wieść o nowym przybyszu, szczególnie jeśli jest sam. Na ich terenie
- Jasne, pozostaje mi też gościniec, jakby co - uśmiechnęłam się
<Yvette? Brak weny :/>
wtorek, 2 grudnia 2014
piątek, 28 listopada 2014
Od Brooke CD. Matthewa
Zawarczała groźnie, kiedy pojawił się ten debilny warunek. Spróbowała kolejny raz wyrwać się z jego uścisku. Na marne.
- Nie ma mowy. - syknęła przez zaciśnięte zęby. Co za natręt...
- No cóż, w takim razie...
- Czekaj! Dobra, pójdę gdzieś z tobą! - zawołała rozpaczliwie.
Nie lubiła być mokra. Bardzo nie lubiła. Wręcz nienawidziła. Poczuła, że odstawił ją na ziemię. Gdyby nie opanowała się dostatecznie, jej nowy znajomy oberwałby teraz z liścia. Patrzyła na niego wzrokiem seryjnego mordercy.
- Pamiętaj, jeden wypad. A potem schodzisz mi z drogi i nigdy więcej już się nie spotkamy. Jasne? - wycharczała, dysząc ciężko.
- Pewnie... - przyjrzał jej się nieco zdumionym wzrokiem.
- Ale zanim gdziekolwiek się pokażę, w pierwszej kolejności muszę się przebrać i w miarę ogarnąć. Jedziemy do mnie. - westchnęła.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w odpowiednim kierunku. Szła tam, gdzie zostawiła swój samochód. Eleganckie, czarne Audi prezentowało się cudownie. Wsiadła do środka i odczekała chwilkę. Zajął miejsce pasażera. Chwilę później byli już w trasie. Drogę przebyli w milczeniu. Od czasu do czasu czuła na sobie jego wzrok. Czas dłużył jej się niemiłosiernie, co zdarzało się bardzo rzadko... Dotarli. Wysiadła szybko i w moment zniknęła za drzwiami, wpuszczając najpierw Matthewa. Piękny apartament z jeszcze piękniejszym wnętrzem. Zrzuciła z siebie podłużny sweterek, zapinany na drobne guziczki. Zawsze jest on rozpięty. Ziewnęła i przeciągnęła się.
- Żartujesz sobie? - usłyszała jego głos za sobą.
Odwróciła się powoli w stronę Matta i spojrzała nań pytającym wzrokiem.
- Jesteś Brooke Jensen? Ta aktorka? - wyglądał na niego zdziwionego.
Kiwnęła głową potwierdzająco.
- Brooklyn Allyson Jensen. Tak mam przynajmniej w dowodzie. - zaśmiała się cicho, po raz pierwszy od momentu, gdy go poznała. Nie uważała, by to, kim jest było czymś nadzwyczajnym. Ona widziała w sobie zwykłego człowieka.
(Matthew? XD)
- Nie ma mowy. - syknęła przez zaciśnięte zęby. Co za natręt...
- No cóż, w takim razie...
- Czekaj! Dobra, pójdę gdzieś z tobą! - zawołała rozpaczliwie.
Nie lubiła być mokra. Bardzo nie lubiła. Wręcz nienawidziła. Poczuła, że odstawił ją na ziemię. Gdyby nie opanowała się dostatecznie, jej nowy znajomy oberwałby teraz z liścia. Patrzyła na niego wzrokiem seryjnego mordercy.
- Pamiętaj, jeden wypad. A potem schodzisz mi z drogi i nigdy więcej już się nie spotkamy. Jasne? - wycharczała, dysząc ciężko.
- Pewnie... - przyjrzał jej się nieco zdumionym wzrokiem.
- Ale zanim gdziekolwiek się pokażę, w pierwszej kolejności muszę się przebrać i w miarę ogarnąć. Jedziemy do mnie. - westchnęła.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w odpowiednim kierunku. Szła tam, gdzie zostawiła swój samochód. Eleganckie, czarne Audi prezentowało się cudownie. Wsiadła do środka i odczekała chwilkę. Zajął miejsce pasażera. Chwilę później byli już w trasie. Drogę przebyli w milczeniu. Od czasu do czasu czuła na sobie jego wzrok. Czas dłużył jej się niemiłosiernie, co zdarzało się bardzo rzadko... Dotarli. Wysiadła szybko i w moment zniknęła za drzwiami, wpuszczając najpierw Matthewa. Piękny apartament z jeszcze piękniejszym wnętrzem. Zrzuciła z siebie podłużny sweterek, zapinany na drobne guziczki. Zawsze jest on rozpięty. Ziewnęła i przeciągnęła się.
- Żartujesz sobie? - usłyszała jego głos za sobą.
Odwróciła się powoli w stronę Matta i spojrzała nań pytającym wzrokiem.
- Jesteś Brooke Jensen? Ta aktorka? - wyglądał na niego zdziwionego.
Kiwnęła głową potwierdzająco.
- Brooklyn Allyson Jensen. Tak mam przynajmniej w dowodzie. - zaśmiała się cicho, po raz pierwszy od momentu, gdy go poznała. Nie uważała, by to, kim jest było czymś nadzwyczajnym. Ona widziała w sobie zwykłego człowieka.
(Matthew? XD)
Od Marceline
Źrenice gwałtownie się rozszerzyły, pod wpływem nagłego braku światła, dochodzącego do oczu. Ludzie zaczęli unosić ręce i robić charakterystyczną rogatą dłoń. Do moich uszu dobiegły podniecone gwizd i pokrzykiwania, a kiedy złapałam za mikrofon i uśmiechnęłam się tajemniczo wszyscy natychmiastowo ucichli. Poprawiłam lewą ręką grzywkę, która od pewnego czasu bardzo mnie denerwowała i uniosłam rękę w górę tworząc taki sam gest jak i moi słuchacze.
Co tydzień zawsze w piątkowy wieczór szła z mojej własnej inicjatywy piosenka Prodigi. Dzisiaj padło na Thunder, z czego byłam zadowolona. Ludzie zazwyczaj dobrze bawili się przy utworach tego zespołu, a ja miałam dziwną swobodę głosu. Mój kark już przyzwyczaił się do nagłych ruchów headbanging'u, a moje stopy twardo stały na ziemi, jakby były przytwierdzone magnesem do podłoża. Zauważyłam kątem oka jak wysoki, młody blondyn w okularach wskazuje na mnie palcem zza kulis. Kiedy muzyka przestała grać skłoniłam się lekko, słysząc nagły wybuch publiczności. Odłożyłam mikrofon na miejsce i ominęłam długowłosego gitarzystę udając się za kulisy.
***
- Serio? - spytałam półszeptem trzymając w prawej ręce czarną kopertę z ukrytymi banknotami.
- Należy ci się urlop, już zdecydowałem. Twoja buźka, głos - młody chłopak, spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem- i reszta ciała sprowadziła nam nalot fanów ostrej muzyki. Powinnaś zrobić sobie dłuższy urlop, Andrew i Michelle cię zastąpią.
Spojrzałam na blondyna lekko zdziwionym wzrokiem. Po chwili otworzyłam kopertę i widząc kilkanaście banknotów odezwałam się:
- Nieee, no ja takiej sumy przyjąć nie mogę.
Chłopak złapał mnie za rękę i cofnął ją.
- Potraktuj to jako prezent urodzinowy - popchnął mnie w stronę drzwi.
- Ale-e-e... Urodziny mam dopiero za sześć miesięcy.
- Bierz i nie marudź, karze ci wziąć trzy miesięczny urlop, jedź sobie do tego Aspin - wyszeptał i zamknął drzwi na srebrny klucz.
- Nie do Aspin tylko do Phoenix w Arizonie, tumanie... - syknęłam czując się głęboko urażona.
- Haha, przecież żartowałem - zaśmiał się głośno i poczochrał ręką moją głowę.
Nienawidzę być niska! Odepchnęłam jego rękę i ruszyłam schodami na górę. W sumie to bardzo się cieszyłam, że wyrwę się z Nowego Jorku. Wyciągnęłam szybkim ruchem połowę ciuchów z szafy i rzuciłam je na podłogę. Spod łóżka wyciągnęłam plecak moro, który pachniał sianem, co było niezwykle interesujące... Wpakowałam szybkim ruchem kilka rzeczy do plecaka, a kopertę umieściłam w wewnętrznej kieszeni. Podeszłam do okna i otwarłam je czując jak zimne powietrze ochładza moją twarz. Wzięłam głęboki oddech i spoglądnęłam na niebo. Ciemne niebo było przykryte grubymi warstwami chmur, przez co ograniczało to znacznie widoczność gwiazd. Od dawna chciałam zwiedzić chociaż niewielką część Arizony. Zobaczyć wspaniałe niebo, Wielki Kanion i poczuć wiatr we włosach. Tak chce żyć. Stać się wilkiem? Być nim już na zawsze? Żyć bez ludzkich zmartwień?
- Nigdy nie byłaś, ani nie jesteś wilkiem... - wyszeptałam i ścisnęłam skrawek czarnej koszulki. - Nigdy także nim nie będziesz. Zmarnował ci życie, nie możesz mu wybaczyć.
Opadłam na łóżko, starannie związałam sobie kucyka i przebrałam się w całkowicie inne ubranie. Zamiast czarnych ciuchów i glanów, na moim ciele prezentowała się niebieska bluza z kapturem, szare rurki i jakieś stare, potargane tenisówki z wyprzedaży. Z klubu wyszłam tylnymi drzwiami, słyszałam wesołe pokrzykiwania ludzi i jakąś spokojną muzykę...
Droga od klubu do autostrady wymagała półgodzinnego marszu. Szłam chodnikiem lekko się uśmiechając. Deszcz zaskoczył mnie w połowie drogi i byłam lekko zła, że cała przemoknę. Ustawiłam się wzdłuż wąskiej drogi, czując jak krople zwiększają się i mocniej uderzają w moje ciało. Poruszyłam ręką gdy przejeżdżała jakaś ciężarówka, lecz kierowca się nie zatrzymał. Super! Już na początku swojej drogi muszę zająć stanowisko autostopowicza. No ale cóż jak mawiał tata - zawsze i wszędzie szukaj przygody, która może zmienić los twojego życia.
<Ratunku, będę cała mokra XD Ktoś?>
***
- Serio? - spytałam półszeptem trzymając w prawej ręce czarną kopertę z ukrytymi banknotami.
- Należy ci się urlop, już zdecydowałem. Twoja buźka, głos - młody chłopak, spojrzał na mnie z chytrym uśmieszkiem- i reszta ciała sprowadziła nam nalot fanów ostrej muzyki. Powinnaś zrobić sobie dłuższy urlop, Andrew i Michelle cię zastąpią.
Spojrzałam na blondyna lekko zdziwionym wzrokiem. Po chwili otworzyłam kopertę i widząc kilkanaście banknotów odezwałam się:
- Nieee, no ja takiej sumy przyjąć nie mogę.
Chłopak złapał mnie za rękę i cofnął ją.
- Potraktuj to jako prezent urodzinowy - popchnął mnie w stronę drzwi.
- Ale-e-e... Urodziny mam dopiero za sześć miesięcy.
- Bierz i nie marudź, karze ci wziąć trzy miesięczny urlop, jedź sobie do tego Aspin - wyszeptał i zamknął drzwi na srebrny klucz.
- Nie do Aspin tylko do Phoenix w Arizonie, tumanie... - syknęłam czując się głęboko urażona.
- Haha, przecież żartowałem - zaśmiał się głośno i poczochrał ręką moją głowę.
Nienawidzę być niska! Odepchnęłam jego rękę i ruszyłam schodami na górę. W sumie to bardzo się cieszyłam, że wyrwę się z Nowego Jorku. Wyciągnęłam szybkim ruchem połowę ciuchów z szafy i rzuciłam je na podłogę. Spod łóżka wyciągnęłam plecak moro, który pachniał sianem, co było niezwykle interesujące... Wpakowałam szybkim ruchem kilka rzeczy do plecaka, a kopertę umieściłam w wewnętrznej kieszeni. Podeszłam do okna i otwarłam je czując jak zimne powietrze ochładza moją twarz. Wzięłam głęboki oddech i spoglądnęłam na niebo. Ciemne niebo było przykryte grubymi warstwami chmur, przez co ograniczało to znacznie widoczność gwiazd. Od dawna chciałam zwiedzić chociaż niewielką część Arizony. Zobaczyć wspaniałe niebo, Wielki Kanion i poczuć wiatr we włosach. Tak chce żyć. Stać się wilkiem? Być nim już na zawsze? Żyć bez ludzkich zmartwień?
- Nigdy nie byłaś, ani nie jesteś wilkiem... - wyszeptałam i ścisnęłam skrawek czarnej koszulki. - Nigdy także nim nie będziesz. Zmarnował ci życie, nie możesz mu wybaczyć.
Opadłam na łóżko, starannie związałam sobie kucyka i przebrałam się w całkowicie inne ubranie. Zamiast czarnych ciuchów i glanów, na moim ciele prezentowała się niebieska bluza z kapturem, szare rurki i jakieś stare, potargane tenisówki z wyprzedaży. Z klubu wyszłam tylnymi drzwiami, słyszałam wesołe pokrzykiwania ludzi i jakąś spokojną muzykę...
Droga od klubu do autostrady wymagała półgodzinnego marszu. Szłam chodnikiem lekko się uśmiechając. Deszcz zaskoczył mnie w połowie drogi i byłam lekko zła, że cała przemoknę. Ustawiłam się wzdłuż wąskiej drogi, czując jak krople zwiększają się i mocniej uderzają w moje ciało. Poruszyłam ręką gdy przejeżdżała jakaś ciężarówka, lecz kierowca się nie zatrzymał. Super! Już na początku swojej drogi muszę zająć stanowisko autostopowicza. No ale cóż jak mawiał tata - zawsze i wszędzie szukaj przygody, która może zmienić los twojego życia.
<Ratunku, będę cała mokra XD Ktoś?>
Od Matthewa CD Brooke
Laska mnie zaskoczyła. Nieczęsto spotykam się z taką agresją ze strony innych i możliwe, że nie jestem do niej przyzwyczajony.
- Łooo, dziewczyno, stop agresji...
Spojrzała na mnie, lekko już się uspokajając.
- Jestem Matthew - podałem jej rękę wyszczerzając zęby.
- Brooke - odpowiedziała, lecz nie odwzajemniła uśmiechu.
- Cóż, skoro zepsułem ci obiad, to może upolujemy coś razem?
Zrobiła minę, która wyraźnie mówiła "Nie mam ochoty". Tak też powiedziała.
- Okres masz? - rzuciłem żartobliwie.
Nie przyjęła tego jako żart.
- W takim razie zapraszam na obiad. Jeśli wolisz ludzkie jedzenie... - odparłem.
- Nie wolę.
- A co wolisz?
- Nic.
- Dobra, koniec obrażania się, bo wrzucę cię do jeziora!
- A spróbuj tylko! - wyszczerzyła kły.
- Nie zawaham się.
Skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie zrobisz tego.
I w tym momencie chwyciłem ją w pasie i zaniosłem do najbliższego jeziora. Nie było daleko, więc zbyt się nie zmęczyłem. Dziewczyna piszczała przez całą drogę. Zacząłem przymierzać się do wrzucenia jej do wody.
- Przestań oszołomie! - darła się.
- Dobrze - *le szatański uśmieszek* - Jeśli dasz się gdzieś zaprosić.
Brooke? ^^
- Łooo, dziewczyno, stop agresji...
Spojrzała na mnie, lekko już się uspokajając.
- Jestem Matthew - podałem jej rękę wyszczerzając zęby.
- Brooke - odpowiedziała, lecz nie odwzajemniła uśmiechu.
- Cóż, skoro zepsułem ci obiad, to może upolujemy coś razem?
Zrobiła minę, która wyraźnie mówiła "Nie mam ochoty". Tak też powiedziała.
- Okres masz? - rzuciłem żartobliwie.
Nie przyjęła tego jako żart.
- W takim razie zapraszam na obiad. Jeśli wolisz ludzkie jedzenie... - odparłem.
- Nie wolę.
- A co wolisz?
- Nic.
- Dobra, koniec obrażania się, bo wrzucę cię do jeziora!
- A spróbuj tylko! - wyszczerzyła kły.
- Nie zawaham się.
Skrzyżowała ręce na piersi.
- Nie zrobisz tego.
I w tym momencie chwyciłem ją w pasie i zaniosłem do najbliższego jeziora. Nie było daleko, więc zbyt się nie zmęczyłem. Dziewczyna piszczała przez całą drogę. Zacząłem przymierzać się do wrzucenia jej do wody.
- Przestań oszołomie! - darła się.
- Dobrze - *le szatański uśmieszek* - Jeśli dasz się gdzieś zaprosić.
Brooke? ^^
Od Yvette CD Jasmine
- Hej, mogę wyjść dzisiaj wcześniej?- zapytałam Ache.
- To znaczy? - Ache był wczytany w swoją gazetę.
- Hm. Teraz? Poradzisz sobie?
- Wątpisz we mnie? - chłopak uniósł brwi.
- Jakże bym mogła...
Odwróciłam się z powrotem do dziewczyny.
- Możemy iść już teraz - uśmiechnęłam się - Poczekaj chwilkę.
Ona na znak zgody pokiwała głową i odwzajemniła uśmiech.
Przebrałam się w pokoju socjalnym, zabrałam kurtkę, spakowałam swoje drobiazgi w torebkę i wróciłam do koleżanki.
- Idziemy? - spytała.
- Jasne - wskazałam drzwi i obie ruszyłyśmy na miasto.
Opowiadałam o dosłownie wszystkich spotkanych sklepach, obiektach i budynkach. Pokazałam jej moje ulubione centrum handlowe oraz sklep, w którym często są przeceny. Miło mi się z nią gadało. Była bardzo miła. Lecz pozory mogą mylić. Trzeba ją lepiej poznać. Łatwo kogoś ocenić od razu.
Jasmine? Przepraszam, ze krótkie i nudne : ))
- To znaczy? - Ache był wczytany w swoją gazetę.
- Hm. Teraz? Poradzisz sobie?
- Wątpisz we mnie? - chłopak uniósł brwi.
- Jakże bym mogła...
Odwróciłam się z powrotem do dziewczyny.
- Możemy iść już teraz - uśmiechnęłam się - Poczekaj chwilkę.
Ona na znak zgody pokiwała głową i odwzajemniła uśmiech.
Przebrałam się w pokoju socjalnym, zabrałam kurtkę, spakowałam swoje drobiazgi w torebkę i wróciłam do koleżanki.
- Idziemy? - spytała.
- Jasne - wskazałam drzwi i obie ruszyłyśmy na miasto.
Opowiadałam o dosłownie wszystkich spotkanych sklepach, obiektach i budynkach. Pokazałam jej moje ulubione centrum handlowe oraz sklep, w którym często są przeceny. Miło mi się z nią gadało. Była bardzo miła. Lecz pozory mogą mylić. Trzeba ją lepiej poznać. Łatwo kogoś ocenić od razu.
Jasmine? Przepraszam, ze krótkie i nudne : ))
Od Sharon CD Yvette
I w końcu nadszedł ten dzień. Dzień w, którym wszystko się zmieniło.Ostatnie chwile w przydrożnym lesie. Już czas wyruszać, tylko wezmę jeszcze mój flet. Pobiegłam do domu i przyniosłam srebrna fujarkę. Wsiadłam do samochodu i gaz do dechy, nie wiedziałam kiedy się zatrzymać. Aż w końcu napis na budynku wszystko mi zdradził. Podjechałam. Wyszłam z samochodu i wyciągnęłam kluczyki. Tam było tak pięknie! Ale niektóre zapachy dawały mi fałszywe znaki. Poszłam do pewnej dziewczyny::
- Witam, Sharon Colede - przywitałam się nie pewnie.
- Coś mi to mówi...- spojrzała na mnie - Jak coś to dyrektorka po prawej.
- Wielkie dzięki - podeszłam w prawo. Weszłam do pokoju:
- Dzień dobry! Sharon Colede - ponownie powiedziałam.
- Tak, tak rozumiem.........tak........oczywiście........około 14?....dobrze ..... - dyrektorka skończyła rozmowę telefoniczną - Witaj skarbie! Podpisz tu i z głowy! Przeczytałam umowę dokładnie i podpisałam jednym ruchem ręki.
- To ja może pójdę do pracy - powiedziałam - Do widzenia. Do dyrektorki znów zadzwonił telefon.
- Poczekaj moja droga! Gdybyś nie wiedziała co robić zapytaj się niejakiej Yvette.
- Dobrze, do widzenia - zamknęłam drzwi. Szukałam i szukałam napisu mojej pracy. Po chwili znalazłam bar. Weszłam do niego, a tam piękne żarówki, krzesła i jeden wspaniały blat. Przy blacie czekała tam już na mnie pewna osoba:
- Cześć! Jestem Sharon.
- O! Właśnie na ciebie czekałam - dziewczyna uśmiechnęła się - więc tak zaraz opiszę Ci czym się dzisiaj zajmiesz.
Jako iż byłam nowa myślałam, że czeka mnie brudna robota, lecz to nie było tak...
<Yvette?>
- Witam, Sharon Colede - przywitałam się nie pewnie.
- Coś mi to mówi...- spojrzała na mnie - Jak coś to dyrektorka po prawej.
- Wielkie dzięki - podeszłam w prawo. Weszłam do pokoju:
- Dzień dobry! Sharon Colede - ponownie powiedziałam.
- Tak, tak rozumiem.........tak........oczywiście........około 14?....dobrze ..... - dyrektorka skończyła rozmowę telefoniczną - Witaj skarbie! Podpisz tu i z głowy! Przeczytałam umowę dokładnie i podpisałam jednym ruchem ręki.
- To ja może pójdę do pracy - powiedziałam - Do widzenia. Do dyrektorki znów zadzwonił telefon.
- Poczekaj moja droga! Gdybyś nie wiedziała co robić zapytaj się niejakiej Yvette.
- Dobrze, do widzenia - zamknęłam drzwi. Szukałam i szukałam napisu mojej pracy. Po chwili znalazłam bar. Weszłam do niego, a tam piękne żarówki, krzesła i jeden wspaniały blat. Przy blacie czekała tam już na mnie pewna osoba:
- Cześć! Jestem Sharon.
- O! Właśnie na ciebie czekałam - dziewczyna uśmiechnęła się - więc tak zaraz opiszę Ci czym się dzisiaj zajmiesz.
Jako iż byłam nowa myślałam, że czeka mnie brudna robota, lecz to nie było tak...
<Yvette?>
Od Brooke CD. Matthewa
Pędziła przez las za swą zdobyczą. Tym razem liczyła na powodzenie w polowaniu. Jej celem był jeleń z olbrzymim porożem, naprawdę bardzo ładny. Dyszała, bo bieg nieco ją zmęczył. W pewnej chwili znalazła się na rozległej polanie. Padało na nią światło słoneczne. Żółte, podłużne źdźbła trawy delikatnie poruszały się przez przemykający w powietrzu zefirek. Brooke przylgnęła do ziemi i teraz przemieszczała się w dziwny sposób, jakby czołgając się. Brzuchem szorowała po glebie. Coś poruszyło się nieopodal. Złapała głęboki wdech i odbiła się od ziemi, ale zamiast wbić kły w ciało ofiary, poczuła silne uderzenie i dosłownie odleciała na bok. Po zetknięciu z ziemią, przeturlała się kilka metrów. Gdy wreszcie udało jej się zatrzymać, uniosła leniwie łeb i kichnęła, bo wzburzyła w górę - przez to wszystko - tumany pyłu. Mlasnęła cicho i podniosła się. Zobaczyła nieopodal innego wilka. Zawarczała głośno i skoczyła w jego stronę. Zahamowała tuż przed nim. Momentalnie przybrała ludzką postać, a nieznajomy przed nią uczynił to samo. Ubrania Brooke były nieco zniszczone po kilku przemianach.
- Słuchaj no, koleś! - warknęła. - Kolejny raz straciłam obiad, bo ktoś mi przeszkodził! Ja mam już po dziurki w nosie tego wszystkiego! Czy chociaż raz nie mogę normalnie sobie czegoś upolować?! No nie mogę?! Uwzięliście się na mnie?! - wydarła się. Wyglądała dosyć groźnie! Jak wściekła świnka morska, ha!
(Matthew? XD)
- Słuchaj no, koleś! - warknęła. - Kolejny raz straciłam obiad, bo ktoś mi przeszkodził! Ja mam już po dziurki w nosie tego wszystkiego! Czy chociaż raz nie mogę normalnie sobie czegoś upolować?! No nie mogę?! Uwzięliście się na mnie?! - wydarła się. Wyglądała dosyć groźnie! Jak wściekła świnka morska, ha!
(Matthew? XD)
Od Jasmine Do Yvette
Drzewa przewijały się z zawrotną szybkością. Każda sekunda biegu sprawiała mi nieopisaną przyjemność. Biegłam w stronę Księżyca Łowcy. Byłam tam tylko raz tydzień temu i brakowało mi tej ciszy i przyjemnego zapachu mięsa z przyprawami zamiast spalin, które codziennie drażniły mój czuły nos. Wpadłam do restauracji jak strzała nie trudząc się zmianą w człowieka. Z każdą chwilą dochodziły mnie przepyszne zapachy z kuchni i ze stołów przy których siedziało kilka wilkołaków. Podeszłam do lady.
- Witam! Co podać? - spytała kelnerka
Próbowałam odpowiedzieć, ale z mojego pyska wydobyło się kilka szczeków i warknięć. Teraz przypomniałam się, że zamiast czerwonowłosej dziewczyny jestem wilkiem z białym futrem. Szybko zmieniłam się w swoją ludzką postać.
- Poproszę danie dnia
- Już się robi
Usiadłam przy barze w oczekiwaniu na jedzenie. Wyjęłam z kieszeni telefon. Zawsze dziwiło mnie, że wszystko zostawało na swoim miejscu mimo zmiany. Po chwili podeszła do mnie dziewczyna - ta sama co odbierała zamówienie. Położyła przede mną talerz z krwistym stekiem i dwiema surówkami w małych porcjach. Krótko podziękowałam i zabrałam się do jedzenia. Czyszcząc blat barmanka spytała:
- To ty jesteś ta nowa?
- Tak, przybyłam jakiś tydzień temu do stada, jestem Jasmine
- Ja jestem Yvette, widzę, że dość dawno nie jadłaś czegoś... naszego
- Tak, zwykle jem to "ludzkie" jedzenie, niby jest dobre, ale to tutaj jest niesamowite
- To zasługa naszego kucharza - uśmiechnęła się
- Podziękuj mu ode mnie
- Jasne - nastała chwila ciszy, w której powoli zbliżałam się do końca posiłku - znasz okolicę? Może cię oprowadzić?
- Chętnie, kiedy kończysz?
<Yvette?>
- Witam! Co podać? - spytała kelnerka
Próbowałam odpowiedzieć, ale z mojego pyska wydobyło się kilka szczeków i warknięć. Teraz przypomniałam się, że zamiast czerwonowłosej dziewczyny jestem wilkiem z białym futrem. Szybko zmieniłam się w swoją ludzką postać.
- Poproszę danie dnia
- Już się robi
Usiadłam przy barze w oczekiwaniu na jedzenie. Wyjęłam z kieszeni telefon. Zawsze dziwiło mnie, że wszystko zostawało na swoim miejscu mimo zmiany. Po chwili podeszła do mnie dziewczyna - ta sama co odbierała zamówienie. Położyła przede mną talerz z krwistym stekiem i dwiema surówkami w małych porcjach. Krótko podziękowałam i zabrałam się do jedzenia. Czyszcząc blat barmanka spytała:
- To ty jesteś ta nowa?
- Tak, przybyłam jakiś tydzień temu do stada, jestem Jasmine
- Ja jestem Yvette, widzę, że dość dawno nie jadłaś czegoś... naszego
- Tak, zwykle jem to "ludzkie" jedzenie, niby jest dobre, ale to tutaj jest niesamowite
- To zasługa naszego kucharza - uśmiechnęła się
- Podziękuj mu ode mnie
- Jasne - nastała chwila ciszy, w której powoli zbliżałam się do końca posiłku - znasz okolicę? Może cię oprowadzić?
- Chętnie, kiedy kończysz?
<Yvette?>
środa, 26 listopada 2014
Nowy Wilk! Oto Jasmine!


Imię i nazwisko: Jasmine Kordess
Autor: DominikaStelmaszuk
Z wielką radość pragnę powiadomić Was o naszym nowym członku! Przedstawiam Jasmine! Życzymy Ci spełnienia marzeń w naszej watasze, wiele weny twórczej do pisania opowiadań, poznania wspaniałych znajomości, a także odnalezienie miłości!
________________________________________________________________________
Kolejna informacja dla Was. WAŻNA! Jeszcze w tym tygodniu najprawdopodobniej odbędą się wybory na Bethę! Będziemy wybierać waderę oraz basiora, którzy obejmą tą funkcję.
Zaraz po wyborach odbędzie się wspomniany już konkurs.
Przy okazji prosimy o aktywność, która jak zauważyłyśmy znaczni spadła! Liczymy na Was!
________________________________________________________________________
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
Od Yvette CD. Sharon
Z początku nie ufałam tej dziewczynie. Nie miałam w zwyczaju zaprzyjaźniać się od razu z nowopoznanymi osobami. Ale trzeba było się zapoznać, w końcu miałam z nią pracować. Mam nadzieję, że okaże się w porządku.
- Tak... Ja jestem Yvette. dzisiaj musisz zrobić parę rzeczy... Przebierz się.
- Jasne... - powiedziała cicho i wyszła do pokoju socjalnego.
Zanim przyszła zdążyłam zebrać kilka zamówień i wydać trzy piwa i jednego drinka.
- No wreszcie! Musisz to robić szybciej... Dobra, weź zamówienie od tamtego gościa - wskazałam na nastolatka stojącego przy ladzie - I upomnij, iż w lokalu nie można palić.
Dziewczyna wykonała swe zadanie błyskawicznie i wróciła do mnie.
- Dwa razy piwo! - wrzasnęłam do Iaan, która jak na razie jest sama z tym wszystkim.
Uśmiechnęłam się do dziewczyny.
- Zaczynasz łapać o co chodzi.
- Cieszę się. - powiedziała smętnie.
- Spoko, mój pierwszy dzień też taki był - szturchnęłam ją w ramię - Wyluzuj!
Wtem podszedł do mnie jakiś chłopak. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Jego oczy przybrały żółto-zieloną barwę. Wiedziałam, że zaraz nastąpi przemiana. Sharon była bardzo przestraszona. Ja nie. Byłam już dobrze przygotowana na tego typu sytuacje. Stałam i się nie ruszałam. Byłam gotowa do odskoku, jakby co.
Oczy chłopaka stały się normalne, a on zaczął się głośno śmiać. Podszedł do kolegów grających w butelkę. Słyszałam jak mówił "Widzieliście minę tej czerwonej?" I nadal się śmiał. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Wychodzę. Wracam za godzinę. Poradzisz sobie, nie? - I nie czekając na odpowiedź zabrałam ze sobą kurtkę i wyszłam z lokalu.
No co? Trzeba młodą przetestować.
Scharon?
- Tak... Ja jestem Yvette. dzisiaj musisz zrobić parę rzeczy... Przebierz się.
- Jasne... - powiedziała cicho i wyszła do pokoju socjalnego.
Zanim przyszła zdążyłam zebrać kilka zamówień i wydać trzy piwa i jednego drinka.
- No wreszcie! Musisz to robić szybciej... Dobra, weź zamówienie od tamtego gościa - wskazałam na nastolatka stojącego przy ladzie - I upomnij, iż w lokalu nie można palić.
Dziewczyna wykonała swe zadanie błyskawicznie i wróciła do mnie.
- Dwa razy piwo! - wrzasnęłam do Iaan, która jak na razie jest sama z tym wszystkim.
Uśmiechnęłam się do dziewczyny.
- Zaczynasz łapać o co chodzi.
- Cieszę się. - powiedziała smętnie.
- Spoko, mój pierwszy dzień też taki był - szturchnęłam ją w ramię - Wyluzuj!
Wtem podszedł do mnie jakiś chłopak. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Jego oczy przybrały żółto-zieloną barwę. Wiedziałam, że zaraz nastąpi przemiana. Sharon była bardzo przestraszona. Ja nie. Byłam już dobrze przygotowana na tego typu sytuacje. Stałam i się nie ruszałam. Byłam gotowa do odskoku, jakby co.
Oczy chłopaka stały się normalne, a on zaczął się głośno śmiać. Podszedł do kolegów grających w butelkę. Słyszałam jak mówił "Widzieliście minę tej czerwonej?" I nadal się śmiał. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Wychodzę. Wracam za godzinę. Poradzisz sobie, nie? - I nie czekając na odpowiedź zabrałam ze sobą kurtkę i wyszłam z lokalu.
No co? Trzeba młodą przetestować.
Scharon?
Od Matthewa
- Proszę mi zrobić kawę. - rzuciła do mnie przełożona, gdy tylko zjawiłem się w pracy.
Uniosłem brwi. Nie zatrudniłem się tu jako sekretarka. Fajne mi powitanie. Z drugiej strony nie chcę stracić roboty. Co mi tam. Podszedłem do blatu, na którym stał ekspres do kawy, wyjąłem z wiszącej szafki pierwszą lepszą filiżankę i podstawiłem pod ekspres.
- Z mlekiem czy bez? - zapytałem.
- Bez - odrzekła Umbridge (pozdrawiam wszystkich fanów HP).
Przy okazji zrobiłem też napój kofeinowy dla siebie. Nie wyspałem się, przyda mi się zastrzyk energii. Podałem filiżankę szefowej i zabrałem się do pracy. Póki co czeka mnie korekta tygodnika "Good York". Jak dorosły człowiek może zrobić tyle błędów w jednym artykule? Jak on został dziennikarzem? Czy jego komputer nie podkreśla błędów czerwoną falistą? W sumie nie ma się co naśmiewać, sam wciąż robię korekty.
- Posprzątaj biurko, będzie ci się lepiej odnaleźć! - poradziła przełożona.
- "Jeżeli zabałaganione biurko jest znakiem zabałaganionego umysłu, znakiem czego jest puste biurko?" - zacytowałem Einsteina.
Spojrzałem na zegarek. Jeszcze sześć godzin i mogę stąd iść. Byle do czternastej.
I tak było każdego dnia. Dzień w dzień, idę do pracy, pracuję, wracam do domu, oglądam telewizję, robię inne mało ciekawe rzeczy, idę spać, wstaję, idę do pracy... Czas wyrwać się z tej cholernej rutyny!
Ponieważ dnia poprzedniego był piątek, oznacza to, że dziś sobota. Upragniona sobota! Lecz i tak cały dzień zapewne przesiedzę w domu... Nie powinienem tak. Zbyt łatwo mnie wówczas zdenerwować, a to nie jest dobre, kiedy jest się potworem, tj. wilkołakiem. Ale co ja mam robić? Może by tak pobiegać. W postaci wilka, rzecz jasna. Pomysł idealny, Einsteina godny!
Ubrałem lekkie, aczkolwiek ciepłe ubranie, zamknąłem mieszkanie i udałem się do garażu. Powitała mnie tam woń, uważana przeze mnie jako jedna z ulubionych - stary olej samochodowy z nutą zapachu metalicznego. Ach, jakże bardzo ja kocham motory! Ten niespodziewany zastrzyk adrenaliny, kiedy jedziesz przez centrum miasta i robisz taki hałas, że każdy kto tamtędy akurat przechodzi ogląda się za tobą. Wyprowadziłem pojazd dwukołowy przed garaż, a ten automatycznie zamknął się za mną. Włożyłem kluczyki do stacyjki. I już pięć minut później jechałem drogą, nie czując jednak żadnego wiatru we włosach. Powodem tego mógł być kask. Ale matka moja pozwoliła mi jeździć motorem, pod warunkiem, iż będę miał kask. Nie żebym się jej słuchał, ale nie chciałem jej sprawiać zawodu. Dojechałem do lasu i od razu poczułem szczęście. Zdecydowanie leśne zapachy również mogę zaliczyć do moich ulubionych. Odstawiłem maszynę przy leśnej dróżce i wbiegłem do lasu. Od razu przemieniłem się w wilka, czując nieodpartą potrzebę pobiegnięcia w ten las jak najgłębiej. Miałem ochotę już nigdy nie wracać do zatłoczonego miasta, jednak wiedziałem, że to niemożliwe. Nagle poczułem ciekawy zapach. Po chwili zdałem sobie sprawę, iż jest to zapach innego wilkokrwistego. Podążałem za nim.
Ktoś chętny? : )
Uniosłem brwi. Nie zatrudniłem się tu jako sekretarka. Fajne mi powitanie. Z drugiej strony nie chcę stracić roboty. Co mi tam. Podszedłem do blatu, na którym stał ekspres do kawy, wyjąłem z wiszącej szafki pierwszą lepszą filiżankę i podstawiłem pod ekspres.
- Z mlekiem czy bez? - zapytałem.
- Bez - odrzekła Umbridge (pozdrawiam wszystkich fanów HP).
Przy okazji zrobiłem też napój kofeinowy dla siebie. Nie wyspałem się, przyda mi się zastrzyk energii. Podałem filiżankę szefowej i zabrałem się do pracy. Póki co czeka mnie korekta tygodnika "Good York". Jak dorosły człowiek może zrobić tyle błędów w jednym artykule? Jak on został dziennikarzem? Czy jego komputer nie podkreśla błędów czerwoną falistą? W sumie nie ma się co naśmiewać, sam wciąż robię korekty.
- Posprzątaj biurko, będzie ci się lepiej odnaleźć! - poradziła przełożona.
- "Jeżeli zabałaganione biurko jest znakiem zabałaganionego umysłu, znakiem czego jest puste biurko?" - zacytowałem Einsteina.
Spojrzałem na zegarek. Jeszcze sześć godzin i mogę stąd iść. Byle do czternastej.
I tak było każdego dnia. Dzień w dzień, idę do pracy, pracuję, wracam do domu, oglądam telewizję, robię inne mało ciekawe rzeczy, idę spać, wstaję, idę do pracy... Czas wyrwać się z tej cholernej rutyny!
Ponieważ dnia poprzedniego był piątek, oznacza to, że dziś sobota. Upragniona sobota! Lecz i tak cały dzień zapewne przesiedzę w domu... Nie powinienem tak. Zbyt łatwo mnie wówczas zdenerwować, a to nie jest dobre, kiedy jest się potworem, tj. wilkołakiem. Ale co ja mam robić? Może by tak pobiegać. W postaci wilka, rzecz jasna. Pomysł idealny, Einsteina godny!
Ubrałem lekkie, aczkolwiek ciepłe ubranie, zamknąłem mieszkanie i udałem się do garażu. Powitała mnie tam woń, uważana przeze mnie jako jedna z ulubionych - stary olej samochodowy z nutą zapachu metalicznego. Ach, jakże bardzo ja kocham motory! Ten niespodziewany zastrzyk adrenaliny, kiedy jedziesz przez centrum miasta i robisz taki hałas, że każdy kto tamtędy akurat przechodzi ogląda się za tobą. Wyprowadziłem pojazd dwukołowy przed garaż, a ten automatycznie zamknął się za mną. Włożyłem kluczyki do stacyjki. I już pięć minut później jechałem drogą, nie czując jednak żadnego wiatru we włosach. Powodem tego mógł być kask. Ale matka moja pozwoliła mi jeździć motorem, pod warunkiem, iż będę miał kask. Nie żebym się jej słuchał, ale nie chciałem jej sprawiać zawodu. Dojechałem do lasu i od razu poczułem szczęście. Zdecydowanie leśne zapachy również mogę zaliczyć do moich ulubionych. Odstawiłem maszynę przy leśnej dróżce i wbiegłem do lasu. Od razu przemieniłem się w wilka, czując nieodpartą potrzebę pobiegnięcia w ten las jak najgłębiej. Miałem ochotę już nigdy nie wracać do zatłoczonego miasta, jednak wiedziałem, że to niemożliwe. Nagle poczułem ciekawy zapach. Po chwili zdałem sobie sprawę, iż jest to zapach innego wilkokrwistego. Podążałem za nim.
Ktoś chętny? : )
wtorek, 25 listopada 2014
Od Brooke CD. Adeline
Wataha? Dołączenie? Nowe miejsce?
Poczuła, jakby ktoś z całej siły kopnął ją, ale nie miała mu tego za złe, bo dzięki temu kopniakowi wygrała w totka. Dokładnie to odczuwała. Na jej twarzyczce pojawił się uśmiech, a w oczach można było dostrzec tajemniczy błysk.
- Mówisz poważnie?! Serio chcesz mnie w swojej watasze?! To najpiękniejszy dzień w moim ży...! - krzyknęła radośnie, przy czym machnęła rękami. Szybko opanowała się i spoważniała. - Znaczy... Z chęcią dołączę do twojego stada i z dumą będę reprezentować watahę? - to zabrzmiało bardziej jak pytanie, ale w tej chwili nie przejmowała się tym. Liczył się fakt, że zaproponowano jej członkostwo.
Zauważyła rozbawioną minę Adeline. Nieco się zarumieniła. Skarciła się w duchu za swoją wybuchowość. Starała się bardzo być spokojną i normalną, ale... cóż, to trudne!
- Chyba zostało mi już tylko przywitać cię i życzyć powodzenia. - nowa znajoma posłała uśmiech naszej wariatce.
- Dzięki - zaśmiała się cicho. - Jak duża jest? W sensie wataha...
- Nie za mała, ale ogromna także nie. Póki co jest nas w sam raz, choć ciągle przybywają nowi. - ciemnowłosa odpowiedziała spokojnym tonem na pytanie. W międzyczasie ruszyły przed siebie, postanawiając - bez wcześniejszego obgadania tego - przejść się.
- O... to chyba dobrze, nie? - wyszczerzyła się Brooke. Już nawet zapomniała o swoich "nieco" zniszczonych ubraniach... Chwila, ona w ogóle nie wiedziała, w jakim są stanie!
(Adeline? XD)
Poczuła, jakby ktoś z całej siły kopnął ją, ale nie miała mu tego za złe, bo dzięki temu kopniakowi wygrała w totka. Dokładnie to odczuwała. Na jej twarzyczce pojawił się uśmiech, a w oczach można było dostrzec tajemniczy błysk.
- Mówisz poważnie?! Serio chcesz mnie w swojej watasze?! To najpiękniejszy dzień w moim ży...! - krzyknęła radośnie, przy czym machnęła rękami. Szybko opanowała się i spoważniała. - Znaczy... Z chęcią dołączę do twojego stada i z dumą będę reprezentować watahę? - to zabrzmiało bardziej jak pytanie, ale w tej chwili nie przejmowała się tym. Liczył się fakt, że zaproponowano jej członkostwo.
Zauważyła rozbawioną minę Adeline. Nieco się zarumieniła. Skarciła się w duchu za swoją wybuchowość. Starała się bardzo być spokojną i normalną, ale... cóż, to trudne!
- Chyba zostało mi już tylko przywitać cię i życzyć powodzenia. - nowa znajoma posłała uśmiech naszej wariatce.
- Dzięki - zaśmiała się cicho. - Jak duża jest? W sensie wataha...
- Nie za mała, ale ogromna także nie. Póki co jest nas w sam raz, choć ciągle przybywają nowi. - ciemnowłosa odpowiedziała spokojnym tonem na pytanie. W międzyczasie ruszyły przed siebie, postanawiając - bez wcześniejszego obgadania tego - przejść się.
- O... to chyba dobrze, nie? - wyszczerzyła się Brooke. Już nawet zapomniała o swoich "nieco" zniszczonych ubraniach... Chwila, ona w ogóle nie wiedziała, w jakim są stanie!
(Adeline? XD)
poniedziałek, 24 listopada 2014
Nowy Wilk! Przedstawiam Matthewa!
Imię i Nazwisko: Matthew Landcoaster (Matt)
Autor: Rainbow :3
Z wielką przyjemnością witamy nowego przybysza! Jest to kolejna postać naszej członkini, z czego wnioskujemy, że jej się podoba u nas. Dla Matthewa mamy wiele pozytywnych życzeń na przyszłość, takich jak poznania przyjaciół, przeżycia wspaniałych chwil w naszym gronie, samych najlepszych wspomnień, które wyniesiesz stąd i abyś został jak najdłużej!
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
niedziela, 23 listopada 2014
Od Alexy CD. Asy
Patrzyłam na jego uśmieszek i te podłe oczy. Ściskał moją rękę i czułam już jak nie dopływa do niej krew.Szarpnęłam lekko by dać mu znak by puścił, ale on nie puszczał.Tylko szeroko wyszczerzył swoje białe zęby. Zaczął mi coś mówić o jakiś gwiazdach i żartach.
-Wiesz co niech ci te gwiazdy sobie będą, a teraz możesz puścić moją dłoń?
Pokręcił przecząco głową.
-Na razie proszę ładnie, a zaraz mogę zadać ci kopniaka w centrum twojego układu planetarnego.Więc jak?
- A ładniej?
Zbliżyłam się do niego i uśmiechnęłam szeroko, przymrużyłam oczy i szybko szarpnęłam swoją rękę, odzyskując jej niepodległość.I w tym samym momencie upadłam na ziemię.On przestraszony kucną i zaczął mnie jakoś podnosić.Ja obróciłam głowę i zaczęłam się śmiać.
-Ach to taka z ciebie spryciula?
-Większa niż ci się wydaje- puściłam mu oczko
-A tak w ogóle to jak byś nie pamiętała z dawnych lat jestem Asa.
-A ja Alexa, dzięki że przypominasz
-Dlaczego jesteś tak wrogo do mnie nastawiona?
-Hahaha wrogo nastawiona! No popatrz, najpierw od tyłu mnie podchodzisz to jak miałam zareagować? Może ci podziękować na kolanach.Wybacz, mam już swoje zdanie.a teraz idę przed siebie, żegnam!-zaczęłam podnosić się z ziemi
-Czekaj, nie idź!
-Niby dlaczego? Albo chociaż czekaj czekaj, ja zostanę, a raczej dotrzymam ci towarzystwa, a ty dla mnie coś zrobisz- zrobiłam swój podstępny uśmieszek
-Coś, to znaczy co?
-Coś takiego, co podniesie stopień adrenaliny, a przy okazji mnie czegoś nauczysz, oczywiście jeśli chcesz. A tak wprost, to sobie pojeździłabym, tylko bym musiała po autko do mojej mamusi skoczyć.
-Nie musisz ja mam swoje.
-Nie boisz się, co nie?
-A niby co takiego miało by się stać?
-Niiiic.
-No dobra zobaczymy, to jak, piątka na dobicie targu?
-Haha, piątka!
-Skoczymy do mnie, czegoś się napijemy, przebiorę się i coś wymyśli, bo serio mi się nudzi.
-Okej, tylko nie próbuj już przeprojektowywać mojej twarzy.
-Zobaczy się.
Podniosłam się i ruszyłam bez słowa przed siebie.Asa ruszył za mną i zrównał się chodem razem ze mną.
(Asa? ach ta wredna wena poszła i nie wraca...)
-Wiesz co niech ci te gwiazdy sobie będą, a teraz możesz puścić moją dłoń?
Pokręcił przecząco głową.
-Na razie proszę ładnie, a zaraz mogę zadać ci kopniaka w centrum twojego układu planetarnego.Więc jak?
- A ładniej?
Zbliżyłam się do niego i uśmiechnęłam szeroko, przymrużyłam oczy i szybko szarpnęłam swoją rękę, odzyskując jej niepodległość.I w tym samym momencie upadłam na ziemię.On przestraszony kucną i zaczął mnie jakoś podnosić.Ja obróciłam głowę i zaczęłam się śmiać.
-Ach to taka z ciebie spryciula?
-Większa niż ci się wydaje- puściłam mu oczko
-A tak w ogóle to jak byś nie pamiętała z dawnych lat jestem Asa.
-A ja Alexa, dzięki że przypominasz
-Dlaczego jesteś tak wrogo do mnie nastawiona?
-Hahaha wrogo nastawiona! No popatrz, najpierw od tyłu mnie podchodzisz to jak miałam zareagować? Może ci podziękować na kolanach.Wybacz, mam już swoje zdanie.a teraz idę przed siebie, żegnam!-zaczęłam podnosić się z ziemi
-Czekaj, nie idź!
-Niby dlaczego? Albo chociaż czekaj czekaj, ja zostanę, a raczej dotrzymam ci towarzystwa, a ty dla mnie coś zrobisz- zrobiłam swój podstępny uśmieszek
-Coś, to znaczy co?
-Coś takiego, co podniesie stopień adrenaliny, a przy okazji mnie czegoś nauczysz, oczywiście jeśli chcesz. A tak wprost, to sobie pojeździłabym, tylko bym musiała po autko do mojej mamusi skoczyć.
-Nie musisz ja mam swoje.
-Nie boisz się, co nie?
-A niby co takiego miało by się stać?
-Niiiic.
-No dobra zobaczymy, to jak, piątka na dobicie targu?
-Haha, piątka!

-Okej, tylko nie próbuj już przeprojektowywać mojej twarzy.
-Zobaczy się.
Podniosłam się i ruszyłam bez słowa przed siebie.Asa ruszył za mną i zrównał się chodem razem ze mną.
(Asa? ach ta wredna wena poszła i nie wraca...)
Nowy Wilk! Witaj Sharon!
Imię i Nazwisko: Sharon Colede
Autor: julia11003
Oto nasz kolejny członek! Witamy Sharon! Zwróćcie uwagę na oczy *u*.
Życzymy Ci dużo miłych chwil spędzonych razem z nami, spełnienia marzeń i poznania wielu przyjaciół!
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
sobota, 22 listopada 2014
Od Yvette
- Dzień dobry - powiedziałam, uśmiechając się do wysokiej, kościstej kobiety o paraliżującym wzroku.
Gestem ręki zaprosiła mnie do małego, obskurnego pomieszczenia. Usiadłam na jednym z drewnianych, staromodnych krzeseł.
- Witam - odparła - Panna Yvette Gainsborough, jak sądzę?
- Oczywiście - zaczęłam, nabierając powietrza - Myślę, że jestem dobrą kan...
- Dobrze, wystarczy - przerwała mi - Potrzebujemy pracowników, więc nie będę owijać w bawełnę. Jest pani zainteresowana moją ofertą, czy nie?
- Naturalnie - powiedziałam szybko, aby nie wzbudzać wątpliwości.
- W takim razie możemy od razu podpisać umowę. - z biurka wyciągnęła gruby plik kartek - Oczywiście będzie pani miała trochę czasu na przeczytanie jej dokładnie - podała mi pakt i wyszła.
Zważywszy na nacisk, który położyła na słowo "dokładnie", postanowiłam jednak przeczytać kontrakt.
Ku mojemu zdziwieniu wszystko było jasno objaśnione, nie było żadnych drobnych druczków. Złożyłam podpis. Czekałam. Czekałam i czekałam. Z nudy zaczęłam czytać tytuły z okładek książek znajdujących się w małej, przeszklonej biblioteczce. Potem przeniosłam wzrok na okno. Ni było tam nic ciekawego. Trawa, drzewa, kilka pagórków w oddali. Zimowe słońce raziło mnie po oczach. To już moja druga praca w tym mieście. Mam nadzieję, że tym razem nie wywalą mnie po trzech miesiącach. Nie mam żadnego wykształcenia... Nie mogę oczekiwać na zarabianie kroci, póki co.
Wreszcie wróciła, podpisała umowę i grzecznie mnie wyprosiła. Nie chciałam tak myśleć, ale ta baba jakaś dziwna jest. Jeśli nie czyta w cudzych myślach, to wszystko powinno być w porządku.
Wyszłam z budynku "Księżyc Łowcy", mojej nowej pracy. Westchnęłam, włożyłam słuchawki w uszy i wybrałam się do miasta. Nie zważając na innych ludzi, brnęłam z zamkniętymi oczami, nucąc pod nosem najnowszy kawałek Passengera.
Było do przywidzenia, iż na kogoś wpadnę. Słuchawki wypadły mi z uszu.
- Przepraszam! - powiedziałam automatycznie.
Ktoś ma ochotę? Końcówka ciut mało oryginalna ;x
Gestem ręki zaprosiła mnie do małego, obskurnego pomieszczenia. Usiadłam na jednym z drewnianych, staromodnych krzeseł.
- Witam - odparła - Panna Yvette Gainsborough, jak sądzę?
- Oczywiście - zaczęłam, nabierając powietrza - Myślę, że jestem dobrą kan...
- Dobrze, wystarczy - przerwała mi - Potrzebujemy pracowników, więc nie będę owijać w bawełnę. Jest pani zainteresowana moją ofertą, czy nie?
- Naturalnie - powiedziałam szybko, aby nie wzbudzać wątpliwości.
- W takim razie możemy od razu podpisać umowę. - z biurka wyciągnęła gruby plik kartek - Oczywiście będzie pani miała trochę czasu na przeczytanie jej dokładnie - podała mi pakt i wyszła.
Zważywszy na nacisk, który położyła na słowo "dokładnie", postanowiłam jednak przeczytać kontrakt.
Ku mojemu zdziwieniu wszystko było jasno objaśnione, nie było żadnych drobnych druczków. Złożyłam podpis. Czekałam. Czekałam i czekałam. Z nudy zaczęłam czytać tytuły z okładek książek znajdujących się w małej, przeszklonej biblioteczce. Potem przeniosłam wzrok na okno. Ni było tam nic ciekawego. Trawa, drzewa, kilka pagórków w oddali. Zimowe słońce raziło mnie po oczach. To już moja druga praca w tym mieście. Mam nadzieję, że tym razem nie wywalą mnie po trzech miesiącach. Nie mam żadnego wykształcenia... Nie mogę oczekiwać na zarabianie kroci, póki co.
Wreszcie wróciła, podpisała umowę i grzecznie mnie wyprosiła. Nie chciałam tak myśleć, ale ta baba jakaś dziwna jest. Jeśli nie czyta w cudzych myślach, to wszystko powinno być w porządku.
Wyszłam z budynku "Księżyc Łowcy", mojej nowej pracy. Westchnęłam, włożyłam słuchawki w uszy i wybrałam się do miasta. Nie zważając na innych ludzi, brnęłam z zamkniętymi oczami, nucąc pod nosem najnowszy kawałek Passengera.
Było do przywidzenia, iż na kogoś wpadnę. Słuchawki wypadły mi z uszu.
- Przepraszam! - powiedziałam automatycznie.
Ktoś ma ochotę? Końcówka ciut mało oryginalna ;x
piątek, 21 listopada 2014
Od Adeline CD. Brooke
Lustrowałam dziewczynę wzrokiem. Do tej pory nie wierzyłam w bezinteresowną pomoc, mówiąc szczerze, ta 'wilkołaczka' zaimponowała mi. Wolnym truchtem ominęłam ją zwinnie i podążyłam w rosnące nieopodal gęste krzewy. Tam zmieniając się w człowieka założyłam ubrania, które starałam się zawsze mieć pod ręką. Dziewczyna miała na sobie lekko starte yeansy, stwierdziłam, że muszą być one 'po przejściach' związanych z wielokrotną przemianą, podobnie jak jej bluzka.
-Naprawdę dziękuję ci za pomoc. - powiedziałam wyciągając w stronę rękę. Nie pamiętam kiedy ostatnio zdobyłam się na taki czyn. Z pewnością dawno.
-Ależ to drobnostka, wilkołaki muszą sobie pomagać. - powiedziała po czym uścisnęła z lekkim uśmiechem moją dłoń.
-Ryzykowałaś życie, to nie drobnostka. Nie rozumiem tych kłusowników, przecież polowania nie zrobią z nich kogoś lepszego. - zauważyła z pełna irytacją w głosie.
-Dokładnie, dla nich liczy się wyłącznie zysk. Zabić kilka wilków, sprzedać futro i zarobić, cały sens ich życia.
-Tak w ogóle jestem Adeline. - przedstawiłam się. Ta dziewczyna była tego godna, a więc zapytałam po chwili - Jestem jedną z Alf watahy, niedaleko znajdują się jej tereny.
-Ja nazywam się Brooke. Co to za wataha?
-Same wilkołaki, jeżeli chcesz, z chęcią Cię przyjemy jako nowego członka. - zaproponowałam.
(Brooke? Wspomniałam, że moje pierwsze opowiadania są właśnie takiego, nieciekawego pokroju? xD)
-Naprawdę dziękuję ci za pomoc. - powiedziałam wyciągając w stronę rękę. Nie pamiętam kiedy ostatnio zdobyłam się na taki czyn. Z pewnością dawno.
-Ależ to drobnostka, wilkołaki muszą sobie pomagać. - powiedziała po czym uścisnęła z lekkim uśmiechem moją dłoń.
-Ryzykowałaś życie, to nie drobnostka. Nie rozumiem tych kłusowników, przecież polowania nie zrobią z nich kogoś lepszego. - zauważyła z pełna irytacją w głosie.
-Dokładnie, dla nich liczy się wyłącznie zysk. Zabić kilka wilków, sprzedać futro i zarobić, cały sens ich życia.
-Tak w ogóle jestem Adeline. - przedstawiłam się. Ta dziewczyna była tego godna, a więc zapytałam po chwili - Jestem jedną z Alf watahy, niedaleko znajdują się jej tereny.
-Ja nazywam się Brooke. Co to za wataha?
-Same wilkołaki, jeżeli chcesz, z chęcią Cię przyjemy jako nowego członka. - zaproponowałam.
(Brooke? Wspomniałam, że moje pierwsze opowiadania są właśnie takiego, nieciekawego pokroju? xD)
Nowy Wilk! Oto Yvette!
Imię i Nazwisko: Yvette Gainsborough.
Autor: Rainbow :3
Z wielką przyjemnością witamy Cię, Yvette! Pragnę zwrócić uwagę na Twoją uprzejmość, dziękuję za zachowanie kultury, nie tylko Yvette, ale również paru innym osobą.
Pierwszego dnia życzymy Ci wiele radości, masy wspaniałych przygód przyjaciół i odnalezienie miłości!
Witaj!
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
czwartek, 20 listopada 2014
Od Adeline CD. Asy
Tak właściwie zaproponowałam mu to tylko dlatego, że jego osoba w pewnym sensie mnie zaciekawiła. Sprawiał wrażenie pewnego siebie i swoich racji, śmiałego i nieugiętego. Takie osoby przydałby się nam w watasze, a kto wie, może Asa ma też lepsze strony, które w przyszłości się ujawnią.
Bez żadnego słowa, czy chociażby jakiegoś gestu ruszyłam krętą ścieżka w stronę małej leśniczówki. Musiałam całą drogę spędzić w postaci wilka, albowiem nie zamierzałam paradować 'na golasa'. Asa szedł w zadumie, rozglądając się dookoła. Miałam nadzieję, że mojego hojnego daru nie potraktował jak jakąś pułapkę. Szczerze, nie byłam aż tak szczeniacko nastawiona do przybysza, dlatego na taki poniżający czyn nie byłoby mnie stać w tym, czy żadnym innym towarzystwie.
Gdy byliśmy już blisko, zboczyliśmy ze ścieżki wchodząc w gęste zarośla. Chłopak próbował odgarniać denerwujące listki i gałązki rękoma, jednak zanim uporał się z jednym drzewem, bądź krzewem, atakowała go kolejna roślina. Patrzyłam na to, co chwila zerkając za siebie. Potrząsałam tylko z dezaprobatą głową i sama ponownie kontynuowałam przedzieranie się przez bujna zieleń.
-Mogłabyś tutaj trochę pokosić. - stwierdził zirytowany. Warknęłam cicho w ramach odpowiedzi na bezsensowną poradę. Kosić w lesie?
Pod drewnianą chatką zatrzymałam się i łapą przesunęłam kawałek blaszki znajdującej się tuż pod oknem. Delikatnie wsunęłam pysk do niewielkiego otworu dmuchając ostrożnie. Tym sposobem odgarnęłam piasek i odnalazłam drobny kluczyk. Wręczyłam go Asie głową wskazując na zamek w drzwiach. Zrozumiał to, wsunął kluczyk i otworzył je. Weszłam pośpiesznie, kierując się na schody prowadzące na pierwsze piętro. Odnalazłszy drzwi do garderoby nacisnęłam przednimi łapami na ich klamkę. Wzięłam pierwsze lepsze jeansy i bluzę. Próbowałam się rozprężyć i przemienić w człowieka, co udało mi się wyjątkowo szybko. Wskoczyłam we wcześniej przyszykowane ubrania i zbiegłam w nich na dół.
-Na górze jest wolny pokój. Możesz się tam ulokować. - poinformowałam go wskazując na schody.-Ciemne drzwi, pierwsze po prawej od schodów.
-Okej.
-Jak chcesz możesz za jakieś półgodziny zejść do kuchni, a ja coś przygotuję. - powiedziałam obojętnie udając się do pomieszczenia naprzeciw salonu. Skoro i tak miałam coś zjeść nic się nie stanie, gdy przygotuję dodatkową porcję.
(Asa?)
Bez żadnego słowa, czy chociażby jakiegoś gestu ruszyłam krętą ścieżka w stronę małej leśniczówki. Musiałam całą drogę spędzić w postaci wilka, albowiem nie zamierzałam paradować 'na golasa'. Asa szedł w zadumie, rozglądając się dookoła. Miałam nadzieję, że mojego hojnego daru nie potraktował jak jakąś pułapkę. Szczerze, nie byłam aż tak szczeniacko nastawiona do przybysza, dlatego na taki poniżający czyn nie byłoby mnie stać w tym, czy żadnym innym towarzystwie.
Gdy byliśmy już blisko, zboczyliśmy ze ścieżki wchodząc w gęste zarośla. Chłopak próbował odgarniać denerwujące listki i gałązki rękoma, jednak zanim uporał się z jednym drzewem, bądź krzewem, atakowała go kolejna roślina. Patrzyłam na to, co chwila zerkając za siebie. Potrząsałam tylko z dezaprobatą głową i sama ponownie kontynuowałam przedzieranie się przez bujna zieleń.
-Mogłabyś tutaj trochę pokosić. - stwierdził zirytowany. Warknęłam cicho w ramach odpowiedzi na bezsensowną poradę. Kosić w lesie?
Pod drewnianą chatką zatrzymałam się i łapą przesunęłam kawałek blaszki znajdującej się tuż pod oknem. Delikatnie wsunęłam pysk do niewielkiego otworu dmuchając ostrożnie. Tym sposobem odgarnęłam piasek i odnalazłam drobny kluczyk. Wręczyłam go Asie głową wskazując na zamek w drzwiach. Zrozumiał to, wsunął kluczyk i otworzył je. Weszłam pośpiesznie, kierując się na schody prowadzące na pierwsze piętro. Odnalazłszy drzwi do garderoby nacisnęłam przednimi łapami na ich klamkę. Wzięłam pierwsze lepsze jeansy i bluzę. Próbowałam się rozprężyć i przemienić w człowieka, co udało mi się wyjątkowo szybko. Wskoczyłam we wcześniej przyszykowane ubrania i zbiegłam w nich na dół.
-Na górze jest wolny pokój. Możesz się tam ulokować. - poinformowałam go wskazując na schody.-Ciemne drzwi, pierwsze po prawej od schodów.
-Okej.
-Jak chcesz możesz za jakieś półgodziny zejść do kuchni, a ja coś przygotuję. - powiedziałam obojętnie udając się do pomieszczenia naprzeciw salonu. Skoro i tak miałam coś zjeść nic się nie stanie, gdy przygotuję dodatkową porcję.
(Asa?)
Gratulacje!
Moi drodzy, pragniemy Wam serdecznie pogratulować! To, co zrobiliście jest dla nas niebywałe! W niecałe dwa tygodnie udało nam się wspólnie napisać 100 postów! Poza tym blog odwiedzono już 2739 razy!
Z tej okazji pragniemy Was poinformować o zbliżającym się konkursie. Niestety nie może się on odbyć w tym tygodniu, jak i za tydzień z powodów prywatnych, mam nadzieję, że weźmiecie to do serca i cierpliwie zaczekacie, albowiem warto! Przewidywane nagrody to wartościowe rzeczy z gry Howrse.pl, takie jak kupony, jednorożce, przedmioty z CR i niespodzianki oraz drobne podarunki z bloga. Niestety, nagrody rzeczowe (w realnym życiu) nie będą mogły zostać przez nas zaoferowane, ze względu na naszą niepełnoletniość. Jeżeli uda nam się zawrzeć współpracę z niektórymi organizacjami zobaczymy co będzie dalej ;).
Z tej okazji pragniemy Was poinformować o zbliżającym się konkursie. Niestety nie może się on odbyć w tym tygodniu, jak i za tydzień z powodów prywatnych, mam nadzieję, że weźmiecie to do serca i cierpliwie zaczekacie, albowiem warto! Przewidywane nagrody to wartościowe rzeczy z gry Howrse.pl, takie jak kupony, jednorożce, przedmioty z CR i niespodzianki oraz drobne podarunki z bloga. Niestety, nagrody rzeczowe (w realnym życiu) nie będą mogły zostać przez nas zaoferowane, ze względu na naszą niepełnoletniość. Jeżeli uda nam się zawrzeć współpracę z niektórymi organizacjami zobaczymy co będzie dalej ;).
Na tę chwilę, póki jeszcze mam okazję, informuję Was, iż juliaalapiotrek jest bardzo dumna i obiecuje odpisać na wszystkie zaległe opowiadania.
Żegnam Was i zostawiam z przemyśleniami na temat osiągnięć i konkursu ;3.
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
Od Brooke
Próba złapania zająca jest jak koło fortuny. Raz się uda, a raz nie. Wszystko zależy od tego, jakie masz szczęście, a jej dzisiaj ono niezbyt dopisywało. Goniła zawzięcie kilka szaraków - jako wilczyca, rzecz jasna - i zatrzymała się przed ich norą. Próbowała złapać do pyska chociaż jednego, ale każdy jej umykał, po czym znikał w swoim "domku". Warknęła wściekła i odeszła przygarbiona. Słowo daję, że w tym momencie lepiej do niej bez kija nie podchodzić. Truchtem dobiegła do wodospadu. Wspięła się po śliskich skałkach i, przeskakując przez szumiącą ścianę, znalazła się w wielkiej jaskini, której wejście zakrywała woda spływająca z góry, czyli wyżej wspomniana "ściana". Otrzepała mokre futro. Położyła się na zimnej powierzchni. Ułożyła łeb wygodnie na łapach. Zamiast słyszeć przyjemnie szumiący wodospad, do jej uszu dobiegało jedynie burczenie z własnego brzucha. Nerwy targały nią jak jesienny wiatr. Była teraz jak tykająca bomba zegarowa. Musiała skupić uwagę na czymś innym, by za chwilę nie zabić się, gdy będzie szamotała się z nerwów. Zaczęła obserwować krople wody, opadające z "dachu" w dół i ginące, roztrzaskując się na kamiennej powierzchni. Powoli, powolutku uspokoiła się. Głód wciąż jej doskwierał, ale panowała już nad sobą, a to przecież najważniejsze. Podniosła się leniwie i przeciągnęła. Coś strzeliło, coś strzyknęło. Oba przyjemne dla jej karku i kręgosłupa. Osiemnaście lat i już jej kości wydają dźwięk odpowiedni dla seniora. Wyszła z jaskini i skierowała się w stronę obszernej polany. Tam jeszcze bardziej się uspokoi, a i może coś upoluje... Poruszała się wolno. W pewnej chwili do jej uszu dobiegł jakiś dziwny dźwięk. Wystrzał z broni palnej. Równało się to z faktem, że w pobliżu byli ludzie. Źli ludzie, którzy zabijali. Chciała to zignorować, ale czuła, że to coś poważniejszego. Mruknęła z niezadowoleniem, patrząc to przed siebie, to w stronę, z której zaczął nawet już dobiegać ludzki zapach do jej nozdrzy. Zawarczała wściekła na samą siebie i puściła się biegiem w stronę wrogich dwunogów. Ledwo wyhamowała, pozostając w kryjówce, którą stanowiły dla niej krzaki. Wsadziła łeb w chaszcze. Zaczęła obserwować ludzi. Nosili swoje bronie, a koło jednego z wozów stała wielka klatka, a w niej... jakiś wilk. W swojej "dzikiej postaci" nie mogła spróbować uwolnić krewniaka, ale jako człowiek... Przemieniła się błyskawicznie i wyszła przed kłusowników. Starała się utrzymywać poważny i obojętny wyraz twarzy.
- Panowie chyba nie wiedzą, że wilki są zwierzętami pod ochroną, a za ich złapanie lub zabicie takowego grozi bardzo surowa kara? - rzuciła jakimś mądrym i oficjalnym tekstem.
Czwórka ludzi spojrzała po sobie. Potem największy z nich zwrócił na nią wzrok i uśmiechnął się szyderczo, ukazując żółte, zniszczone przez próchnice i niedbalstwo zęby. Ruszył w jej kierunku, rechocząc złowieszczo. Brooke cofnęła się o kilka kroków w tył. Nie spuszczała go z oczu. Wiedziała, że chce ją zlikwidować. Czekała na odpowiedni moment. Jeżeli podejdzie zbyt blisko... Właśnie przekroczył granicę. Chwycił ją za ramię i szarpnął dość mocno. Wbiła mu swoje ostre paznokcie w dłoń, którą ją przytrzymywał. Odsunął się na sekundę i tyle wystarczyło, by przybrała wilczą postać. Zawarczała groźnie, a sierść na jej karku zjeżyła się. Wyglądali na nieźle przerażonych. Wiedziała, że nikomu o tym nie powiedzą, bo wtedy zostaliby ukarani za kłusownictwo. Skoczyła na tego, który stał najbliżej niej i ukąsiła go boleśnie w nogę. Kopnął ją w odwecie i odczołgał się kawałek. Potem wstał i chwycił za strzelbę. Wymierzył w nią. Brooke natomiast po kopnięciu przeturlała się kilka metrów. Kiedy spostrzegła, że jest na celowniku, odskoczyła na bok. Uczyniła to w idealnym momencie, bowiem broń akurat wypaliła. Gdyby spóźniła się o sekundę, już leżałaby martwa. Chciała uciekać dalej, ale nie miała dokąd. Znów w nią wycelował, a kiedy nacisnął spust - cisza. Brak naboi. Co za szczęście! Wyszczerzyła kły i poruszyła nerwowo ogonem. Ludzie zniknęli w mgnieniu oka, pozostawiając schwytanego wilka. Tuż po tym, jak straciła ich z oczu, podeszła do klatki. Zamieniła się w człowieka i popatrzyła na zwierzę w niej uwięzione, które teraz spoglądało na nią wielkimi i pełnymi zaciekawienia ślepiami. Otworzyła klatkę i uwolniła stworzenie.
- Mam nadzieję, że nic ci nie zrobili... - rzuciła cichym tonem, wodząc wzrokiem za okrążającym ją wilkiem. Poznała natychmiast, że jest to wilkołak. Większy od zwykłego wilka, bo przecież nawet Alfy tych zwyczajnych nie były aż tak duże.
(Jest ktoś chętny? ;d)
- Panowie chyba nie wiedzą, że wilki są zwierzętami pod ochroną, a za ich złapanie lub zabicie takowego grozi bardzo surowa kara? - rzuciła jakimś mądrym i oficjalnym tekstem.
Czwórka ludzi spojrzała po sobie. Potem największy z nich zwrócił na nią wzrok i uśmiechnął się szyderczo, ukazując żółte, zniszczone przez próchnice i niedbalstwo zęby. Ruszył w jej kierunku, rechocząc złowieszczo. Brooke cofnęła się o kilka kroków w tył. Nie spuszczała go z oczu. Wiedziała, że chce ją zlikwidować. Czekała na odpowiedni moment. Jeżeli podejdzie zbyt blisko... Właśnie przekroczył granicę. Chwycił ją za ramię i szarpnął dość mocno. Wbiła mu swoje ostre paznokcie w dłoń, którą ją przytrzymywał. Odsunął się na sekundę i tyle wystarczyło, by przybrała wilczą postać. Zawarczała groźnie, a sierść na jej karku zjeżyła się. Wyglądali na nieźle przerażonych. Wiedziała, że nikomu o tym nie powiedzą, bo wtedy zostaliby ukarani za kłusownictwo. Skoczyła na tego, który stał najbliżej niej i ukąsiła go boleśnie w nogę. Kopnął ją w odwecie i odczołgał się kawałek. Potem wstał i chwycił za strzelbę. Wymierzył w nią. Brooke natomiast po kopnięciu przeturlała się kilka metrów. Kiedy spostrzegła, że jest na celowniku, odskoczyła na bok. Uczyniła to w idealnym momencie, bowiem broń akurat wypaliła. Gdyby spóźniła się o sekundę, już leżałaby martwa. Chciała uciekać dalej, ale nie miała dokąd. Znów w nią wycelował, a kiedy nacisnął spust - cisza. Brak naboi. Co za szczęście! Wyszczerzyła kły i poruszyła nerwowo ogonem. Ludzie zniknęli w mgnieniu oka, pozostawiając schwytanego wilka. Tuż po tym, jak straciła ich z oczu, podeszła do klatki. Zamieniła się w człowieka i popatrzyła na zwierzę w niej uwięzione, które teraz spoglądało na nią wielkimi i pełnymi zaciekawienia ślepiami. Otworzyła klatkę i uwolniła stworzenie.
- Mam nadzieję, że nic ci nie zrobili... - rzuciła cichym tonem, wodząc wzrokiem za okrążającym ją wilkiem. Poznała natychmiast, że jest to wilkołak. Większy od zwykłego wilka, bo przecież nawet Alfy tych zwyczajnych nie były aż tak duże.
(Jest ktoś chętny? ;d)
Nowy Wilk! Przedstawiam Brooke!
Imię i Nazwisko: Brooke Ally Jensen
Autor: Nie-Chcesz-Wiedzieć
Z wilczą radością witam Cię, Brooke! To druga postać naszej członkini, więc twierdzę, że nie jest u nas tak źle. Na dobry start życzymy Brooke wiele szczęścia, przygód, przyjaźni i drugiej połówki godnej jej charyzmatycznego charakteru!
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
środa, 19 listopada 2014
Od Juliette do Asa
Jeszcze przed chwilą spałam, spałam w moim ciepłym łóżku, a teraz siedzę w salonie przy kominku i piję kawę, obecna sytuacja nie była by taka zła gdyby obok mnie nie siedzieli rodzice zastępczy nieustannie zrzędzący na postawę mojej osoby.
- Jak mogłaś tyle wybić?- lamentowała Elizabeth, ja tylko teatralnie przewracałam oczami.
-Nie przesadzajcie.- odparłam zmęczona tą niewygodną rozmową
- A ta praca w tej agencji? Na prawdę chcesz ścigać morderców i oglądać z masakrowane trupy? - mówił gniewnym tonem
- Może mnie to pociąga? Chyba lepsze to niż praca jako prostytutka?- zaczynali mnie coraz bardziej irytować, a mój gniew coraz większy, ale nadal panował u mnie spokój słowa.
-Nie tym tonem!- wrzasnął
-proszę cię-zachichotałam- krzyk na mnie nie działa.
Po chwili po mieszkaniu rozległo się głośne pukanie. Rodzice nagle się wyprostowali i z trudem zmyli gniew z twarzy. Aktorzy! W porównaniu do mnie, nie dorastają mi do stóp.
-Spodziewaliście się kogoś? -zapytałam, a oni potraktowali mnie jak nie posłusznego psa, ignorując szczekanie, a następnie skrzyczeli, lecz obecność obcego za drzwiami ograniczyła ich do rozkazu typu "waruj" :
-Zachowuj się-usłyszałam,westchnęłam głośno.
Po chwili otworzyli drzwi, po czułam zapach męskich perfum.
-Dzień Dobry panu.-usłyszałam, gdzieś za plecami
-Witaj Asa, za nim Kath zaprowadzi cię do garażu usiądź, na pewno zmarzłeś, zrobię herbatę.- przywitała go Elizabeth.
Mechanik-stwierdziłam w myślach. Szybcy są, no wczoraj imprezie trochę, popiłam i troszeczkę poobijałam samochód, wiem że na pewno przedziurawiłam bak, popsułam hamulce, pobiłam światła, taki jednorazowy wyskok poza margines. Pewnie będę musiała mu zapłacić ze swoich pieniędzy... ehh, naprawi samochód to od razu po tym go zabije i każdy będzie szczęśliwy, nikt się nie dowie. Zwykły mechanik, żadna trudność.
Myślałam tak dopóki nie usiadł na fotelu obok. Nie wyglądał jak pospolity mechanik, spodziewałam się kogoś bardziej łajzowatego i nie wilkołaka. Chęć zabicia go i chęć nie ponoszenia kosztów za naprawę zniszczonego samochodu z własnych zaskórniaków zniknęła z chwilą kiedy ukazał mi się na oczy.
Gdybym była w humorze, wyspana może moja myśl miała by sens, w każdym razie mam przewagę. On co dopiero wszedł, z zewnątrz więc żadną trudnością jest wyczucie jego specyficznego zapachu, on z wyczuciem mojego zapachu miał problem. Przesiąkłam zapachem szarych ludzi, biegali wśród mnie oddychałam ich powietrzem, co daje mi pewną przewagę, element zaskoczenia.
Nie zaprzeczę, że czułam się speszona, jego umięśniona postać wilkołaka właśnie rozwiała nadzieje na uniknięcie satysfakcji rodziców biologicznych z wypełnienia przeze mnie ich kary.
-Katherine- przedstawiłam się grzecznie wlepiając na twarz uśmiech, granie grzecznej nastolatki wcale nie jest takie trudne.
-Asa- odwzajemnił uśmiech patrząc na mnie po czym skierował się do Elizabeth, stwierdzając że przeżyje bez gorącej herbaty.
-To może soku, kawy?- pytała nie dając za wygraną, jakie nadzieje, że umili mu tu pobyt.
-Nie, naprawdę dziękuje.- powiedział już lekko zdenerwowany
-On wolałby coś mocniejszego, na przykład bourbon- zachichotałam i usłyszałam, że on również się śmieje, a po chwili poczułam na sobie wrogi wzrok Elizabeth, wtedy uśmiech zmył się z mojej twarzy przygotowując się na jej obelgi.
-Ty lepiej nic nie mów o alkoholach po twoim weekendowym wypadzie. - zagroziła
Nasze relacje nie wyglądały tak jak powinny wyglądać relacje matka-córka, ponieważ takie nigdy nie będą, nie da się zrobić czegoś z niczego. Ona nigdy nie będzie nazwana przeze mnie mamą.
Po chwili stwierdziłam, że nie mam zamiaru przebywać w ich towarzystwie, narzuciłam na siebie kurtkę i stojąc przy drzwiach zawołałam do chłopaka. Miałam wrażenie, że dopiero na zewnątrz mógł wziąć oddech i nie musieć udawać kogoś grzecznego przez ludźmi,których uznawał za tych co będą mieli mu zapłacić, przyszedł tu by zrobić to co należy i nie wnikać z nimi w jakie bliższe kontakty.
Odsunęłam szybkim ruchem drzwi do garażu nawet nie zerkając na samochód.
-Oto i on.- wskazałam ręką na samochód o potrzaskanej masce i Bóg wie jeszcze czym.
Chevrolet Camaro SS, przyzwoity rocznik, bodajże 68. Co ja z nim zrobiłam? Szkoda mi bardziej samochodu niż utraty darzenia miłości do tego autka przez Matt'a. Musiał poświęcić dla niego kilku letnią pensje.
On kiedy ujrzał zmasakrowany samochód, zaśmiał się głośno, a ja chłodno na niego spojrzałam.
-Gdzie ty jeździłaś po...- zdążyłam przerwać mu naśmiewanie się
-To da się coś zrobić czy nie?
-Jestem cudotwórcą, spróbuje.-oparłam się o ścianę garażu krzyżując ręce na piersiach. On stał obok.
-No co tak stoisz?- zaśmiałam się możesz zaczynać.
-Wolał był robić to w samotności twoja obecność mnie rozprasza.- powiedział pewnie z nadzieją, że grzecznie mnie odprawi. Powstrzymywał przede mną tą złość, chyba miał jakiś lepszy dzień.
-Aż tak wędruje ci po głowie? Nie ufam ci, będę patrzeć jak tworzysz cud.- uśmiechnęłam się złośliwie mierząc wzrokiem chłopaka.
(Asa?)
- Jak mogłaś tyle wybić?- lamentowała Elizabeth, ja tylko teatralnie przewracałam oczami.
-Nie przesadzajcie.- odparłam zmęczona tą niewygodną rozmową
- A ta praca w tej agencji? Na prawdę chcesz ścigać morderców i oglądać z masakrowane trupy? - mówił gniewnym tonem
- Może mnie to pociąga? Chyba lepsze to niż praca jako prostytutka?- zaczynali mnie coraz bardziej irytować, a mój gniew coraz większy, ale nadal panował u mnie spokój słowa.
-Nie tym tonem!- wrzasnął
-proszę cię-zachichotałam- krzyk na mnie nie działa.
Po chwili po mieszkaniu rozległo się głośne pukanie. Rodzice nagle się wyprostowali i z trudem zmyli gniew z twarzy. Aktorzy! W porównaniu do mnie, nie dorastają mi do stóp.
-Spodziewaliście się kogoś? -zapytałam, a oni potraktowali mnie jak nie posłusznego psa, ignorując szczekanie, a następnie skrzyczeli, lecz obecność obcego za drzwiami ograniczyła ich do rozkazu typu "waruj" :
-Zachowuj się-usłyszałam,westchnęłam głośno.
Po chwili otworzyli drzwi, po czułam zapach męskich perfum.
-Dzień Dobry panu.-usłyszałam, gdzieś za plecami
-Witaj Asa, za nim Kath zaprowadzi cię do garażu usiądź, na pewno zmarzłeś, zrobię herbatę.- przywitała go Elizabeth.
Mechanik-stwierdziłam w myślach. Szybcy są, no wczoraj imprezie trochę, popiłam i troszeczkę poobijałam samochód, wiem że na pewno przedziurawiłam bak, popsułam hamulce, pobiłam światła, taki jednorazowy wyskok poza margines. Pewnie będę musiała mu zapłacić ze swoich pieniędzy... ehh, naprawi samochód to od razu po tym go zabije i każdy będzie szczęśliwy, nikt się nie dowie. Zwykły mechanik, żadna trudność.
Myślałam tak dopóki nie usiadł na fotelu obok. Nie wyglądał jak pospolity mechanik, spodziewałam się kogoś bardziej łajzowatego i nie wilkołaka. Chęć zabicia go i chęć nie ponoszenia kosztów za naprawę zniszczonego samochodu z własnych zaskórniaków zniknęła z chwilą kiedy ukazał mi się na oczy.
Gdybym była w humorze, wyspana może moja myśl miała by sens, w każdym razie mam przewagę. On co dopiero wszedł, z zewnątrz więc żadną trudnością jest wyczucie jego specyficznego zapachu, on z wyczuciem mojego zapachu miał problem. Przesiąkłam zapachem szarych ludzi, biegali wśród mnie oddychałam ich powietrzem, co daje mi pewną przewagę, element zaskoczenia.
Nie zaprzeczę, że czułam się speszona, jego umięśniona postać wilkołaka właśnie rozwiała nadzieje na uniknięcie satysfakcji rodziców biologicznych z wypełnienia przeze mnie ich kary.
-Katherine- przedstawiłam się grzecznie wlepiając na twarz uśmiech, granie grzecznej nastolatki wcale nie jest takie trudne.
-To może soku, kawy?- pytała nie dając za wygraną, jakie nadzieje, że umili mu tu pobyt.
-Nie, naprawdę dziękuje.- powiedział już lekko zdenerwowany
-On wolałby coś mocniejszego, na przykład bourbon- zachichotałam i usłyszałam, że on również się śmieje, a po chwili poczułam na sobie wrogi wzrok Elizabeth, wtedy uśmiech zmył się z mojej twarzy przygotowując się na jej obelgi.
-Ty lepiej nic nie mów o alkoholach po twoim weekendowym wypadzie. - zagroziła
Nasze relacje nie wyglądały tak jak powinny wyglądać relacje matka-córka, ponieważ takie nigdy nie będą, nie da się zrobić czegoś z niczego. Ona nigdy nie będzie nazwana przeze mnie mamą.
Po chwili stwierdziłam, że nie mam zamiaru przebywać w ich towarzystwie, narzuciłam na siebie kurtkę i stojąc przy drzwiach zawołałam do chłopaka. Miałam wrażenie, że dopiero na zewnątrz mógł wziąć oddech i nie musieć udawać kogoś grzecznego przez ludźmi,których uznawał za tych co będą mieli mu zapłacić, przyszedł tu by zrobić to co należy i nie wnikać z nimi w jakie bliższe kontakty.
Odsunęłam szybkim ruchem drzwi do garażu nawet nie zerkając na samochód.
-Oto i on.- wskazałam ręką na samochód o potrzaskanej masce i Bóg wie jeszcze czym.
Chevrolet Camaro SS, przyzwoity rocznik, bodajże 68. Co ja z nim zrobiłam? Szkoda mi bardziej samochodu niż utraty darzenia miłości do tego autka przez Matt'a. Musiał poświęcić dla niego kilku letnią pensje.
On kiedy ujrzał zmasakrowany samochód, zaśmiał się głośno, a ja chłodno na niego spojrzałam.
-Gdzie ty jeździłaś po...- zdążyłam przerwać mu naśmiewanie się
-To da się coś zrobić czy nie?
-Jestem cudotwórcą, spróbuje.-oparłam się o ścianę garażu krzyżując ręce na piersiach. On stał obok.
-No co tak stoisz?- zaśmiałam się możesz zaczynać.
-Wolał był robić to w samotności twoja obecność mnie rozprasza.- powiedział pewnie z nadzieją, że grzecznie mnie odprawi. Powstrzymywał przede mną tą złość, chyba miał jakiś lepszy dzień.
-Aż tak wędruje ci po głowie? Nie ufam ci, będę patrzeć jak tworzysz cud.- uśmiechnęłam się złośliwie mierząc wzrokiem chłopaka.
(Asa?)
wtorek, 18 listopada 2014
Od Alexy CD Iaan
Siedziałam w swoim ogródku, huśtałam się na huśtawce i nuciłam sobie melodię piosenki "Wake me up", śmiejąc się sama do siebie.Wiatr rozwiewał mi włosy i czułam się błogo. W pewnym momencie gdy huśtawka byłam wysoko zeskoczyłam z niej, jak to robiłam już od dzieciństwa.Mama zawsze mnie pouczała bym tak nie robiła, ale cóż ja jestem uparta i raz skończyło się to skręceniem kostki i zdartym łokciem. Mama oczywiście spuentowała tym "gdyby kózka nie skakała bla bla bla". No nic nie ważne. Weszłam do domu i złapał mój aparat z myślą, że zrobię parę fotek z lasu, może uda mi się sfotografować coś ciekawego.Ruszyłam leśną dróżką. Dwie wiewiórki ganiały się między drzewami z wesoło postawionymi rudymi kitami. Zrobiłam im ładne ujęcie i podziękowałam. Dalej w zaroślach coś zaszeleściło i przyjrzałam się dokładniej co to takiego. Zza drzewa pokazały się dwie żywe gałęzie.A o to ten tajemniczy osobnik mrukną cicho. Potężny jeleń stał na polanie i wdzięcznie prezentował swoje poroże przeżuwając kępkę trawy.
-Oj widzę ty to musisz mieć grono wielbicielek- zaśmiałam się cicho i udokumentowałam ten dostojny okaz.
Udałam się w dalszą wędrówkę, zostawiając już jelenisko ze swoim życiem prywatnym. Po przebyciu paru metrów zauważyłam zastawione na poboczu sidła.Podniosłam jakiś patyk i rzuciłam w stronę pułapki, ona zatrzasnęła się.
-kto ma serce zastawiać takie coś, okrucieństwo. A po co? Ummm na smakowitą kiełbaskę.Jak polować to z głową!
Do głowy wpadł mi pomysł by sfotografować to i dać artykuł do gazety przeciwko takim sposobom łowiectwa.W pewnej chwili dobiegło mnie wycie.Jakby automatycznie moje ciało zmieniło się w ciało wilka.Teraz już dobrze wyczuwałam zapach tego osobnika, ale pachniał, a raczej śmierdział jakimiś ściekami, odurzający zapach. Uważnie szłam w jego kierunku y nie wpaść w zastawione jeszcze gdzieś sidła. Wycie powtórzyło się, ale nie było to zwykłe wycie, lecz takie dziwne, przykre, jakby rozpaczliwe. Byłam już coraz bliżej, skradałam się po cichu by nie zwrócić na siebie uwagi.W końcu zza gęstwiny przed moimi oczyma ukazała się czarna postać wilka.Podejść czy nie podejść.Idę! Cicho stąpałam po liściach, chodź raczej nie da się cicho.
-Przepraszam, usłyszałam wycie
-Czego chcesz?
-Spokojnie mogę ci pomóc.
Na jej łapie zauważyłam zatrzaśnięte sidło, a jej sierść była cała oblepiona ciemną, śmierdzącą mazią.
-Skąd mogę wiedzieć czy nie chcesz mnie zamordować?
-jesli miałabym to zrobić to już bym to zrobiła. Widzę, że wpadłaś w sidła i miałaś kąpiel w spływie ścieków.Mogę ci pomóc jakoś ściągnąć to dziadostwo.
-Na prawdę? Bo boli jak
-Nie kończ, dobrze wiem jak. A teraz uważaj. Wyprostuj łapę, ja postaram się rozciągnąć sidło, jak już je rozciągnę to szybko odskocz, żeby cie znów nie przytrzasnęło i jeszcze bardziej nie pokaleczyło.
-No dobra- waderera odedchnęła z przejeciem
Zaczęłam rozciągać sidło, szło to opornie bo było bardzo mocno zatrzaśnięte, a myśliwi najczęściej mają narzędzia, albo po prostu obcinają nogę. Ale żadna z tych opcji by się w tym przypadku nie sprawdziła, więc trzeba było użyć siły.
-Już!
Wadera odskoczyła, a sidło kłapnęło zatrzaskując się.
-No i proszę gotowe, chodź zaprowadzę cię do strumienia, gdzie przemyjesz łapę.jest nie daleko. Dasz radę?
-Myślę, że jakoś dam.
Pomogłam waderze w dojściu do strumienia, syczała z bólu, ale dzielnie szła do przodu.
(Iaan?)
-Oj widzę ty to musisz mieć grono wielbicielek- zaśmiałam się cicho i udokumentowałam ten dostojny okaz.
Udałam się w dalszą wędrówkę, zostawiając już jelenisko ze swoim życiem prywatnym. Po przebyciu paru metrów zauważyłam zastawione na poboczu sidła.Podniosłam jakiś patyk i rzuciłam w stronę pułapki, ona zatrzasnęła się.
-kto ma serce zastawiać takie coś, okrucieństwo. A po co? Ummm na smakowitą kiełbaskę.Jak polować to z głową!
Do głowy wpadł mi pomysł by sfotografować to i dać artykuł do gazety przeciwko takim sposobom łowiectwa.W pewnej chwili dobiegło mnie wycie.Jakby automatycznie moje ciało zmieniło się w ciało wilka.Teraz już dobrze wyczuwałam zapach tego osobnika, ale pachniał, a raczej śmierdział jakimiś ściekami, odurzający zapach. Uważnie szłam w jego kierunku y nie wpaść w zastawione jeszcze gdzieś sidła. Wycie powtórzyło się, ale nie było to zwykłe wycie, lecz takie dziwne, przykre, jakby rozpaczliwe. Byłam już coraz bliżej, skradałam się po cichu by nie zwrócić na siebie uwagi.W końcu zza gęstwiny przed moimi oczyma ukazała się czarna postać wilka.Podejść czy nie podejść.Idę! Cicho stąpałam po liściach, chodź raczej nie da się cicho.
-Przepraszam, usłyszałam wycie
-Czego chcesz?
-Spokojnie mogę ci pomóc.
Na jej łapie zauważyłam zatrzaśnięte sidło, a jej sierść była cała oblepiona ciemną, śmierdzącą mazią.
-Skąd mogę wiedzieć czy nie chcesz mnie zamordować?
-jesli miałabym to zrobić to już bym to zrobiła. Widzę, że wpadłaś w sidła i miałaś kąpiel w spływie ścieków.Mogę ci pomóc jakoś ściągnąć to dziadostwo.
-Na prawdę? Bo boli jak
-Nie kończ, dobrze wiem jak. A teraz uważaj. Wyprostuj łapę, ja postaram się rozciągnąć sidło, jak już je rozciągnę to szybko odskocz, żeby cie znów nie przytrzasnęło i jeszcze bardziej nie pokaleczyło.
-No dobra- waderera odedchnęła z przejeciem
Zaczęłam rozciągać sidło, szło to opornie bo było bardzo mocno zatrzaśnięte, a myśliwi najczęściej mają narzędzia, albo po prostu obcinają nogę. Ale żadna z tych opcji by się w tym przypadku nie sprawdziła, więc trzeba było użyć siły.
-Już!
Wadera odskoczyła, a sidło kłapnęło zatrzaskując się.
-No i proszę gotowe, chodź zaprowadzę cię do strumienia, gdzie przemyjesz łapę.jest nie daleko. Dasz radę?
-Myślę, że jakoś dam.
Pomogłam waderze w dojściu do strumienia, syczała z bólu, ale dzielnie szła do przodu.
(Iaan?)
Od Asy CD. Adeline
Uszy czarnego basiora lekko drgnęły, usłyszawszy jej wiadomość. Sprytnie swymi lekko nienaturalnymi wypowiedziami podprowadził obcą, by wyjawiła mu jakiekolwiek miejsce zdatne do spania i najwyraźniej intryga się udała, choć przebieg jej był co najmniej interesujący. W chwilę zbudził jej szczątkowe zaufanie - w końcu chce dać mu pozostać na swym terenie - i zdobył darmowe miejsce do wyłożenia się w miejscu siedem nieb wyższym niż ot, marny, najtańszy motel czy też tylne siedzenie samochodu, wygodne zdecydowanie na parę godzin, ale nie tak często powtarzanych. We wnętrzu uśmiechał się z wyższością, satysfakcją lwa który pochwycił gazelę w swe sidła, choć może bardziej pasuje: wilka, który zacisnął swe żelazne szczęki na karku jelonka. Nie było to jednak zagranie siłowe, acz czysto psychologiczne.
- Ah tak? I dasz w nim przenocować obcemu wilkowi? - spytał podejrzliwie, ale po chwili pokiwał głową. Zapewne, gdyby był teraz człowiekiem, powstrzymywałby śmiech bądź zrobił jakąś durną minę, jednak jako wilk ów możliwości nie miał. - Ok. Porozmawiajmy jednak o tym twarzą w twarz. Zawiodę Cię, ale raczej wolę mieć przeciwstawne kciuki niż wilcze pazury.
Rzucił jeszcze wywracając ślepiami i powoli ruszył w stronę swojego samochodu. Ona ciągle go obserwowała, jednak starał się nie zwracać na to uwagi, wręcz na początku mu to schlebiało, choć po kilku minutach zaczęło irytować. W końcu im oczom ukazał się kabriolet, do którego wskoczył, by chwycić mocno szczękami krańce spodni, starając się jednocześnie nie naruszyć skórzanego paska. Wyskakując drugą stroną, pociągnął za sobą rzecz. Nie miała prawa nic zobaczyć - prócz nagich pleców - ale tym się nie martwił - tak naprawdę, to w ogóle się nie wstydził - wciągając szybko na siebie jeansy. Niestety, nie mieli supermocy teleportowania czy też przemiany materii, by zmienić się z powrotem w człowieka od razu będąc ubranym. Nie było to możliwe, przykro mi. Jak ona się zmieni, nie pokazując się Asie - który wcale nie ubolewałby z tego powodu - w przebraniu Ewy, pojęcia nie miał. Zawsze mogła liczyć na którąś z jego zapasowych rzeczy, bądź zmienić się dopiero w tym domu. Spojrzał na wilczycę.
- Jakby co, mam na imię Asa.
( Adeline?)
- Ah tak? I dasz w nim przenocować obcemu wilkowi? - spytał podejrzliwie, ale po chwili pokiwał głową. Zapewne, gdyby był teraz człowiekiem, powstrzymywałby śmiech bądź zrobił jakąś durną minę, jednak jako wilk ów możliwości nie miał. - Ok. Porozmawiajmy jednak o tym twarzą w twarz. Zawiodę Cię, ale raczej wolę mieć przeciwstawne kciuki niż wilcze pazury.
Rzucił jeszcze wywracając ślepiami i powoli ruszył w stronę swojego samochodu. Ona ciągle go obserwowała, jednak starał się nie zwracać na to uwagi, wręcz na początku mu to schlebiało, choć po kilku minutach zaczęło irytować. W końcu im oczom ukazał się kabriolet, do którego wskoczył, by chwycić mocno szczękami krańce spodni, starając się jednocześnie nie naruszyć skórzanego paska. Wyskakując drugą stroną, pociągnął za sobą rzecz. Nie miała prawa nic zobaczyć - prócz nagich pleców - ale tym się nie martwił - tak naprawdę, to w ogóle się nie wstydził - wciągając szybko na siebie jeansy. Niestety, nie mieli supermocy teleportowania czy też przemiany materii, by zmienić się z powrotem w człowieka od razu będąc ubranym. Nie było to możliwe, przykro mi. Jak ona się zmieni, nie pokazując się Asie - który wcale nie ubolewałby z tego powodu - w przebraniu Ewy, pojęcia nie miał. Zawsze mogła liczyć na którąś z jego zapasowych rzeczy, bądź zmienić się dopiero w tym domu. Spojrzał na wilczycę.
- Jakby co, mam na imię Asa.
( Adeline?)
Od Ache CD. Juliette
Ah, te powroty do szczenięcych lat. Ache lubił takie momenty, gdy mógł zachowywać się jak dzieciak. Przynajmniej nie musiał wtedy udawać kogoś innego, poważnego panicza... moment, on nigdy kogoś takiego nie udawał i raczej udawać nie będzie. Nie jego styl, ha. Wylegiwali się teraz na zimnym podłożu. Trawa była wyraźnie wilgotna, a przekonał się o tym, gdy po dłuższym czasie "leżakowania" zaczął odczuwać silniejszy chłód na grzbiecie. Ale raczej chory nie będzie, r a c z e j. Godzina była późna, co potrafił ocenić bez zegarka. Przez chwilę obserwował księżyc. Oceniając po tym, jak dużo było go już widać - stwierdził, że do pełni mało czasu pozostało. Poza tym wilczy instynkt sam mu to podpowiadał. Stracił go z oczu w momencie, gdy niebo przykryły szare chmury.
- Chyba będzie padać... - stwierdził cicho, wędrując wzrokiem po sklepieniu w poszukiwaniu choć jednego świecącego punkciku, znanego powszechnie jako gwiazda. Niestety odniósł niepowodzenie. - Chyba na pewno - dodał, uśmiechając się delikatnie. - Powinniśmy się zbierać. - stwierdził jeszcze, po paru sekundach milczenia.
Podniósł się do pozycji siedzącej.
- Niby dlaczego? - spytała Juliette, patrząc na niego zdziwionym i jednocześnie pytającym wzrokiem. Również się uniosła.
- A co, nie boisz się, że włosy ci zmokną i makijaż ucierpi? - zachichotał pod nosem, za co oberwał nielekko w prawe ramię.
- Uwielbiam deszcz. - skwitowała dziewczyna, śmiejąc się cicho.
- A taki z burzą też? Bo coś mi się widzi, że bez przytupu to te chmurki nie odejdą... - stwierdził Ache, nieufnym wzrokiem spoglądając w niebo. Ów stwierdzenie potwierdziło się, kiedy niebo rozjaśniło się na moment. Potem stłumiony huk i dźwięk podobny do pękania drzewa. - A nie mówiłem. - dodał dumny ze swych wstępnych umiejętności odpowiednich dla medium.
W kilka chwil zdążył zauważyć, że jego towarzyszka najwidoczniej nie przepada za wyładowaniami atmosferycznymi. Dla niego burza była czymś zwykłym. Może być, a może nie. Bez różnicy. Obserwował teraz J. Zadrżała przy kolejnym błyśnięciu.
- Hej, chyba taki kozak nie boi się kilku byle piorunków? - zażartował z niej, chichocząc pod nosem.
- Co? Pf, wcale nie! - mruknęła, przewracając oczami po raz enty. Nadzwyczaj często zdarzał jej się ten gest w obecności dwudziestoletniego Casasa.
Nie uwierzył w jej słowa. Dysponował odpowiednimi dowodami. Przy kolejnym huku i poprzedzającym go błysku - Juliette najwyraźniej nieświadomie przybliżyła się bliżej Ache i wtuliła w niego. W pierwszej kolejności motocyklistę ogarnęło niemałe zdziwienie, lecz dosłownie kilka sekund potem objął ją ramieniem. Skoro ją polubił to czemu nie miałby pomóc, chociażby w tak banalny sposób jak zapewnienie poczucia bezpieczeństwa poprzez przytulenie? No właśnie, czemu nie.
(Juliette? ;d)
- Chyba będzie padać... - stwierdził cicho, wędrując wzrokiem po sklepieniu w poszukiwaniu choć jednego świecącego punkciku, znanego powszechnie jako gwiazda. Niestety odniósł niepowodzenie. - Chyba na pewno - dodał, uśmiechając się delikatnie. - Powinniśmy się zbierać. - stwierdził jeszcze, po paru sekundach milczenia.
Podniósł się do pozycji siedzącej.
- Niby dlaczego? - spytała Juliette, patrząc na niego zdziwionym i jednocześnie pytającym wzrokiem. Również się uniosła.
- A co, nie boisz się, że włosy ci zmokną i makijaż ucierpi? - zachichotał pod nosem, za co oberwał nielekko w prawe ramię.
- Uwielbiam deszcz. - skwitowała dziewczyna, śmiejąc się cicho.
- A taki z burzą też? Bo coś mi się widzi, że bez przytupu to te chmurki nie odejdą... - stwierdził Ache, nieufnym wzrokiem spoglądając w niebo. Ów stwierdzenie potwierdziło się, kiedy niebo rozjaśniło się na moment. Potem stłumiony huk i dźwięk podobny do pękania drzewa. - A nie mówiłem. - dodał dumny ze swych wstępnych umiejętności odpowiednich dla medium.
W kilka chwil zdążył zauważyć, że jego towarzyszka najwidoczniej nie przepada za wyładowaniami atmosferycznymi. Dla niego burza była czymś zwykłym. Może być, a może nie. Bez różnicy. Obserwował teraz J. Zadrżała przy kolejnym błyśnięciu.
- Hej, chyba taki kozak nie boi się kilku byle piorunków? - zażartował z niej, chichocząc pod nosem.
- Co? Pf, wcale nie! - mruknęła, przewracając oczami po raz enty. Nadzwyczaj często zdarzał jej się ten gest w obecności dwudziestoletniego Casasa.
Nie uwierzył w jej słowa. Dysponował odpowiednimi dowodami. Przy kolejnym huku i poprzedzającym go błysku - Juliette najwyraźniej nieświadomie przybliżyła się bliżej Ache i wtuliła w niego. W pierwszej kolejności motocyklistę ogarnęło niemałe zdziwienie, lecz dosłownie kilka sekund potem objął ją ramieniem. Skoro ją polubił to czemu nie miałby pomóc, chociażby w tak banalny sposób jak zapewnienie poczucia bezpieczeństwa poprzez przytulenie? No właśnie, czemu nie.
(Juliette? ;d)
Od Asy CD. Alexy
Drapieżny, kpiący uśmiech nie schodził z jego ust przez cały dzień, racząc nim wszystkich wokoło. Jakby tak ukazywał swą wyższość nad tymi marnymi, ludzkimi, zanieczyszczonymi chemią którą sami sobie serwują stworzeniom. U większości ludzi wzbudzał dziwny niepokój, był zwierzęcy, okrutny i wręcz obiecywał kłopoty. Nasilił się z szczególnością, kiedy na ławce dostrzegł znajomą twarz z nosem w książce "żmija w szpilkach". Nie do końca wiedział, skąd ją zna, w końcu to mężczyzna który poznał "bliżej" połowę damskiej populacji Stanów Zjednoczonych, jednak ta była wyjątkowa i raczej był pewien, że nie poznał jej w ten sposób, raczej nie wyglądała jak ktoś taki. Być może odczuwał tak, bo była taka jak on. Przemieniała się w wilka i hasała po lesie, by po ponownej zmianie pokazywać się wszystkim leśnym zwierzętom w pełnej okazałości, w przebraniu pierwszych ludzi. Tak to jest, kiedy poszarpie się ubrania, albo zostawi je na drugim końcu lasu.
Dopadł ją jakiś czas później. Miało być niewinnie, ale ona postanowiła zacząć grozić przemeblowaniem twarzy, więc przestał być miły. W końcu ona sobie przypomniała, skąd zna Asę, jednocześnie przypominając mu. Najpierw zmarszczył brwi, nie przypominając sobie żadnego Martina ani 3c, ale w końcu zwycięstwo, coś mu świta. Nagle, jakby błyskawica rozświetliła ciemność, olśnienie, kojarzy. Mało chodził do szkół i ciągle je zmieniał, więc przypomnienie sobie choćby jednej trochę kosztowało. W jej wypowiedzi było coś dziwnego, jednak nawet po dłuższym zastanowieniu się, nie mógł odgadnąć co. No nic, może kiedyś na to wpadnie.
- Przypadek - powtórzył.
- Nie wierzę w przypadki - stwierdziła, a on uśmiechnął się szerzej, jednak teraz nie w wyrazie kpiącego grymasu acz jeszcze bardziej zwierzęcego. Niczym drapieżnik, który złapał w swe sidła ofiarę. Naprawdę go rozbawiła swą wypowiedzią, jednak dziś zdecydowanie pod względem psychicznym był bardziej wilkiem niż człowiekiem. Można panikować.
- Uważasz, że to ukartowałem? Zaskoczę Cię, to czyste zrządzenie losu, wina gwiazd, żart wszechświata czy jakkolwiek to nazwiesz - wzruszył ramionami obojętnie.
(Alexa?)
Dopadł ją jakiś czas później. Miało być niewinnie, ale ona postanowiła zacząć grozić przemeblowaniem twarzy, więc przestał być miły. W końcu ona sobie przypomniała, skąd zna Asę, jednocześnie przypominając mu. Najpierw zmarszczył brwi, nie przypominając sobie żadnego Martina ani 3c, ale w końcu zwycięstwo, coś mu świta. Nagle, jakby błyskawica rozświetliła ciemność, olśnienie, kojarzy. Mało chodził do szkół i ciągle je zmieniał, więc przypomnienie sobie choćby jednej trochę kosztowało. W jej wypowiedzi było coś dziwnego, jednak nawet po dłuższym zastanowieniu się, nie mógł odgadnąć co. No nic, może kiedyś na to wpadnie.
- Przypadek - powtórzył.
- Nie wierzę w przypadki - stwierdziła, a on uśmiechnął się szerzej, jednak teraz nie w wyrazie kpiącego grymasu acz jeszcze bardziej zwierzęcego. Niczym drapieżnik, który złapał w swe sidła ofiarę. Naprawdę go rozbawiła swą wypowiedzią, jednak dziś zdecydowanie pod względem psychicznym był bardziej wilkiem niż człowiekiem. Można panikować.
- Uważasz, że to ukartowałem? Zaskoczę Cię, to czyste zrządzenie losu, wina gwiazd, żart wszechświata czy jakkolwiek to nazwiesz - wzruszył ramionami obojętnie.
(Alexa?)
NIEOBECNOŚĆ!
Moi kochani, juliaalapiotrek (Christian) w najbliższych dniach będzie nieobecna. Wszystkie opowiadanie, zgłoszenia itp, proszę wysyłać do mnie, drugiej adminki. Dziękuję, to tyle.
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
Kolejne Bannery!
Wynikiem pracy graczki MagicznaPL są trzy piękne bannery! Dziękujemy za nie serdecznie, podziwiamy Wasz zapał i chęć uczestniczenia w życiu bloga. To nasze nowe nabytki:
Zachęcamy użycia prac naszych członków do ozdobienia swojej prezentacji na Howrse! Taki miły gest wzmocni bloga i świetnie sprawdzi się jako oryginalny obrazek.
Wszystkie bannery znajdziecie w zakładce "Promuj Nas!".
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
poniedziałek, 17 listopada 2014
Od Iaan
Maszerowałam, w swej jak zwykle, wilczej formie, po lesie. Ot tak, bez konkretnego aniżeli celu. Hmm, może nie był on w wcale tak bardzo bezcelowy, jak mi się na początku wydawało. Otóż w pewnym momencie poczułam straszliwy głód, to uczucie ssania w żołądku, którego tak strasznie nienawidzę. Toteż ruszyłam przed siebie, poszukując zapachu jakiejś zwierzyny która nadałaby się na większy posiłek. Na szczęście chwilę potem biegłam już w kierunku, z którego dobiegała przyjemna woń zajęcy. W tym chwilowym górowaniu wilczych zmysłów nie zintepretowałam faktu, iż nieopodal znajduje się straszliwe miejsce, zwane miastem.
Skradam się, mój brzuch cicho szoruje po ściółce leśnej, uszy drgają pod wpływem podniecenia, a ślepia wpatrują się w niczego nie podejrzewającego królika. Dwa metry, jeden metr... O skok! Krótka szamotanima, a potem śmiertelne ugryzienie w tętnicę. Już po chwili rozszarpuję flaki swojej ofiary, delektując się smakiem surowego mięsa. Przyznaję, przydałoby się kilka przypraw, ewentualnie coś do popicia, ale jestem wilkiem, nie człowiekiem, a to oznacza iż nie gotuję. Zaraz, zaraz... Jestem człowiekiem, tak samo jak wilkiem. A więc mogę przyprawiać jedzenie! Mogę robić, co tylko mi się spodoba! Nie mam nikogo, toteż nikogo nie będę obchodziła!
Z tą radosną myślą rzucam się na jedzenie bez opamiętania, nie zważając na to, czy się zadławię, lub też nie. Po tak szybko skonsumowanym posiłku ruszyłam ile sił w łapach nad najbliższe jezioro. Niestety, mój rozweselony umysł zapomniał, że jezioro to znajduje się nieopodal miasta. Tak więc niczego nieświadoma pędzę w kierunku wody, posługując się jedynie węchem. A kiedy wybiega spomiędzy drzew, przemykam po trawiastej plaży, by ostatecznie wskoczyć z wielkim pluskiem do wody. Kiedy moje łapy dotykają nieco mulistego dna, ignorując śmierdzący odór cieczy, zaczynam skakać, gonić za własnym ogonem... Jednym słowem zachowywać się jak szczeniak. Wtem rzucam się na głębszą wodę, a po utraci gruntu pod opuszkami łap poczynam płynąć. Robię kilka kółek, nurkuję, a po kilkudziestu minutach wychodzę zziajana na brzeg. Mimo łap grzęznących w mule rzecznym wydostaję się na wybrzeże. Tam przewalam się na bok i z lubością rozciągam w promieniach słońca. Ach, cóż za wspaniałe uczucie!
Jednak coś mi nie pasuje. Otóż zapach mojej sierści przybrał przykry odcień chemikaliów. Toteż rozejrzałam się wokół, poszukując wyjaśnienia tej zagadki.
Dopiero wówczas dotarło do mnie, gdzie się znajduję. Moje ciało się napięło, poderwałam się na sztywne łapy i uciekłam. Kończyny niosły mnie, gdzie się da, ale w pewnym momencie coś boleśnie chwyciło i zakleszczyło się na mojej łapie. Wydałam z siebie skowyt bólu i zaskoczenia, upadając przy tym jak długa na ziemię. Zdezorientowana skierowałam wzrok na bolącą kończynę- cała był zaś spuchnięta, uwięziona we wnykach. Fakt ten przeraził mnie niezmiernie, toteż zawyłam, głośno, żałośnie.
(Ktoś raczy?)
Skradam się, mój brzuch cicho szoruje po ściółce leśnej, uszy drgają pod wpływem podniecenia, a ślepia wpatrują się w niczego nie podejrzewającego królika. Dwa metry, jeden metr... O skok! Krótka szamotanima, a potem śmiertelne ugryzienie w tętnicę. Już po chwili rozszarpuję flaki swojej ofiary, delektując się smakiem surowego mięsa. Przyznaję, przydałoby się kilka przypraw, ewentualnie coś do popicia, ale jestem wilkiem, nie człowiekiem, a to oznacza iż nie gotuję. Zaraz, zaraz... Jestem człowiekiem, tak samo jak wilkiem. A więc mogę przyprawiać jedzenie! Mogę robić, co tylko mi się spodoba! Nie mam nikogo, toteż nikogo nie będę obchodziła!
Z tą radosną myślą rzucam się na jedzenie bez opamiętania, nie zważając na to, czy się zadławię, lub też nie. Po tak szybko skonsumowanym posiłku ruszyłam ile sił w łapach nad najbliższe jezioro. Niestety, mój rozweselony umysł zapomniał, że jezioro to znajduje się nieopodal miasta. Tak więc niczego nieświadoma pędzę w kierunku wody, posługując się jedynie węchem. A kiedy wybiega spomiędzy drzew, przemykam po trawiastej plaży, by ostatecznie wskoczyć z wielkim pluskiem do wody. Kiedy moje łapy dotykają nieco mulistego dna, ignorując śmierdzący odór cieczy, zaczynam skakać, gonić za własnym ogonem... Jednym słowem zachowywać się jak szczeniak. Wtem rzucam się na głębszą wodę, a po utraci gruntu pod opuszkami łap poczynam płynąć. Robię kilka kółek, nurkuję, a po kilkudziestu minutach wychodzę zziajana na brzeg. Mimo łap grzęznących w mule rzecznym wydostaję się na wybrzeże. Tam przewalam się na bok i z lubością rozciągam w promieniach słońca. Ach, cóż za wspaniałe uczucie!
Jednak coś mi nie pasuje. Otóż zapach mojej sierści przybrał przykry odcień chemikaliów. Toteż rozejrzałam się wokół, poszukując wyjaśnienia tej zagadki.
Dopiero wówczas dotarło do mnie, gdzie się znajduję. Moje ciało się napięło, poderwałam się na sztywne łapy i uciekłam. Kończyny niosły mnie, gdzie się da, ale w pewnym momencie coś boleśnie chwyciło i zakleszczyło się na mojej łapie. Wydałam z siebie skowyt bólu i zaskoczenia, upadając przy tym jak długa na ziemię. Zdezorientowana skierowałam wzrok na bolącą kończynę- cała był zaś spuchnięta, uwięziona we wnykach. Fakt ten przeraził mnie niezmiernie, toteż zawyłam, głośno, żałośnie.
(Ktoś raczy?)
Od Marceline CD. Christiana
- Dla mnie możesz być nawet prezydentem. W roli ścisłości to nie miał być komplement - przecedziłam złośliwie przez zęby.
Dopiero po chwili orientuje się, że prawdopodobnie mam do czynienia z niejakim wilkołakiem. W normalnych warunkach poczułabym dziwne mrowienie w sercu i lewej stopie, jednakże jakoś się zniechęciłam. Gdy byłam młodsza wyobrażałam sobie, że któregoś dnia poznam jakiegoś chłopaka, bądź dziewczynę także wilkołaka i zaprzyjaźnię się z nim. A taką przyjaźń był bardzo chętnie pielęgnowała, jak różowy kwiat orchidei. Spojrzałam bursztynowymi oczami na wilka stojącego nieopodal mnie. Studiując jego wygląd przeczuwam, że w ludzkiej postaci ma ciemne włosy i jest ode mnie wyższy o głowę! Ach jakże cierpię na swoją wadę, jaką jest niski wzrost. Mam jedynie 170 centymetrów, często mylą mnie z jakąś dziewczyną chodzącą do gimnazjum lub gorzej...
- Nie mów do mnie, mój kochanieńki, mała, bo bardzo tego nie lubię - powiedziałam i wyszczerzyłam kły w grymaśnym uśmiechu.
- Nie będę tego robił o ile ty wycofasz słowo "dupek" ze swojego języka - szepcze wilk. Nie wydawał się wzruszony moją tonacją, co mnie troszkę zmartwiło. - Nie jestem twoim kochanieńkim.
Podeszłam do niego leniwie.
- Dobrze wygrałeś. Dostosuję się - warknęłam oschle podążając bursztynowymi tęczówkami za jego ślepiami. - Czy sprawi ci to przyjemność jak zabijesz jedną ze "swoich"?
Wilk popatrzył się na mnie lekko zdziwiony. Odpowiedział dopiero po chwili:
- Raczej nie. Ale wiesz, nigdy nic nie wiadomo, jednakże dziewczyn nie biję, a tym bardziej wilczyc..
Uśmiechnęłam się pod nosem. Uhu, jaki dżentelmen, nie bije kobiet.
Słońce powolnie wschodziło ponad horyzontem, nadając niebu kolory pomarańczu i czerwieni, barwy zaczęły się ze sobą mieszać, jak lody truskawkowo-pomarańczowe. Uniosłam lekko głowę ponownie wyszczerzyłam kły w figlarnym uśmiechu. Moje ręce stają się bardziej człowiecze i zadbane, skórę głowy porosły hebanowe włosy. Wstaję chwiejnie, prezentując swoją osobę.
- Mama nie nauczyła, żeby zamieniać się w swoją normalną postać, gdy kobieta do ciebie mówi? - wyszeptałam i przewróciłam oczami, odgarniając nerwowo włosy z czoła.
Rozprostowuję ramiona i wyciągam dłonie do słońca. Spoglądnęłam na niego kątem oka i w końcu przechyliłam głowę chcą sprawdzić czy facet się mnie posłuchał.
Przed sobą nie widzę już szarawego wilka lecz, wygląda na to że się nie myliłam, wysokiego bruneta o ostrych rysach twarzy. Patrz e się w niego na tyle długo by spokojnie wywnioskować, że jest znacznie silniejszy ode mnie. Podchodzę bliżej i wyciągam z kieszeni małą kartkę papieru. Kładę swoją ręką na jego ramieniu i wciskam mu siłą do ręki tajemniczą wizytówkę. Szepczę z uśmiechem:
- Daję dzisiaj koncert. Jak chcesz się trochę wyluzować to przyjdź, bo jesteś spięty jak baba...
Oczywiście nie wierzę w to by chłopak mnie posłuchał, bo wszystko to co powiedziałam brzmiało z lekka sarkastycznie. Odsuwam się i spoglądam na piaszczystą drogę, po której wesoło podskakiwała pięciolatka w różowej kurteczce i fioletowych bucikach. Miała loczki w kolorze blondu, wyglądała by uroczo, gdybym lubiła dzieci. Nie wiele myśląc zamieniłam się w wilka, chłopak, który już miał coś powiedzieć, zamknął usta i lekko się oddalił.
- Co chcesz zrobić? - syknął głośno.
Uśmiechnęłam się do niego tajemniczo. Dziewczynka przystanęła i wykrzyknęła radośnie:
- Oo jaki piesek! Chodź tu piesiu, ale śliczny! Mamusiu, patrz!
Wyciągnęła swoją kruchą rączkę a ja poczęłam machać ogonem i polizałam ją. Blondynka zaśmiała się głośno i pogłaskała mnie po głowie na co odpowiedziałam cichym pomrukiem zadowolenia. Objęła powoli moją szyję swoimi rączkami i wtuliła się w sadzowate futro. - BOŻE! LESLIE! - wykrzyknęłam jakaś dorosła chuda kobieta.- TO WILK! MATKO! NIE RUSZAJ SIĘ! PUŚĆ JĄ WSTRĘTNY WILKU!
Zaczęła grzebać z impetem w torebce szukając jakiejś rzeczy. Wyciągnęła małą puszkę z napisem "gaz pieprzowy." Mała dziewczynka krzyknęła, za nic nie chciała puścić mojego futra. Uśmiechnęłam się wesoło i zaczęłam warczeć na kobietę, której ręka trzęsła się tak bardzo, że myślałam iż jej odpadnie. Wyrwałam się nagle z objęć dziewczynki i dałam susa w górę, przeskakując trzęsącą się kobietę.
- Do zobaczenia - wykrzyknęłam radośnie do chłopaka i pognałam w stronę przy parkowego lasku.
<Christian?>
Dopiero po chwili orientuje się, że prawdopodobnie mam do czynienia z niejakim wilkołakiem. W normalnych warunkach poczułabym dziwne mrowienie w sercu i lewej stopie, jednakże jakoś się zniechęciłam. Gdy byłam młodsza wyobrażałam sobie, że któregoś dnia poznam jakiegoś chłopaka, bądź dziewczynę także wilkołaka i zaprzyjaźnię się z nim. A taką przyjaźń był bardzo chętnie pielęgnowała, jak różowy kwiat orchidei. Spojrzałam bursztynowymi oczami na wilka stojącego nieopodal mnie. Studiując jego wygląd przeczuwam, że w ludzkiej postaci ma ciemne włosy i jest ode mnie wyższy o głowę! Ach jakże cierpię na swoją wadę, jaką jest niski wzrost. Mam jedynie 170 centymetrów, często mylą mnie z jakąś dziewczyną chodzącą do gimnazjum lub gorzej...
- Nie mów do mnie, mój kochanieńki, mała, bo bardzo tego nie lubię - powiedziałam i wyszczerzyłam kły w grymaśnym uśmiechu.
- Nie będę tego robił o ile ty wycofasz słowo "dupek" ze swojego języka - szepcze wilk. Nie wydawał się wzruszony moją tonacją, co mnie troszkę zmartwiło. - Nie jestem twoim kochanieńkim.
Podeszłam do niego leniwie.
- Dobrze wygrałeś. Dostosuję się - warknęłam oschle podążając bursztynowymi tęczówkami za jego ślepiami. - Czy sprawi ci to przyjemność jak zabijesz jedną ze "swoich"?
Wilk popatrzył się na mnie lekko zdziwiony. Odpowiedział dopiero po chwili:
- Raczej nie. Ale wiesz, nigdy nic nie wiadomo, jednakże dziewczyn nie biję, a tym bardziej wilczyc..
Uśmiechnęłam się pod nosem. Uhu, jaki dżentelmen, nie bije kobiet.
Słońce powolnie wschodziło ponad horyzontem, nadając niebu kolory pomarańczu i czerwieni, barwy zaczęły się ze sobą mieszać, jak lody truskawkowo-pomarańczowe. Uniosłam lekko głowę ponownie wyszczerzyłam kły w figlarnym uśmiechu. Moje ręce stają się bardziej człowiecze i zadbane, skórę głowy porosły hebanowe włosy. Wstaję chwiejnie, prezentując swoją osobę.
- Mama nie nauczyła, żeby zamieniać się w swoją normalną postać, gdy kobieta do ciebie mówi? - wyszeptałam i przewróciłam oczami, odgarniając nerwowo włosy z czoła.
Rozprostowuję ramiona i wyciągam dłonie do słońca. Spoglądnęłam na niego kątem oka i w końcu przechyliłam głowę chcą sprawdzić czy facet się mnie posłuchał.
Przed sobą nie widzę już szarawego wilka lecz, wygląda na to że się nie myliłam, wysokiego bruneta o ostrych rysach twarzy. Patrz e się w niego na tyle długo by spokojnie wywnioskować, że jest znacznie silniejszy ode mnie. Podchodzę bliżej i wyciągam z kieszeni małą kartkę papieru. Kładę swoją ręką na jego ramieniu i wciskam mu siłą do ręki tajemniczą wizytówkę. Szepczę z uśmiechem:
- Daję dzisiaj koncert. Jak chcesz się trochę wyluzować to przyjdź, bo jesteś spięty jak baba...
Oczywiście nie wierzę w to by chłopak mnie posłuchał, bo wszystko to co powiedziałam brzmiało z lekka sarkastycznie. Odsuwam się i spoglądam na piaszczystą drogę, po której wesoło podskakiwała pięciolatka w różowej kurteczce i fioletowych bucikach. Miała loczki w kolorze blondu, wyglądała by uroczo, gdybym lubiła dzieci. Nie wiele myśląc zamieniłam się w wilka, chłopak, który już miał coś powiedzieć, zamknął usta i lekko się oddalił.
- Co chcesz zrobić? - syknął głośno.
Uśmiechnęłam się do niego tajemniczo. Dziewczynka przystanęła i wykrzyknęła radośnie:
- Oo jaki piesek! Chodź tu piesiu, ale śliczny! Mamusiu, patrz!
Wyciągnęła swoją kruchą rączkę a ja poczęłam machać ogonem i polizałam ją. Blondynka zaśmiała się głośno i pogłaskała mnie po głowie na co odpowiedziałam cichym pomrukiem zadowolenia. Objęła powoli moją szyję swoimi rączkami i wtuliła się w sadzowate futro. - BOŻE! LESLIE! - wykrzyknęłam jakaś dorosła chuda kobieta.- TO WILK! MATKO! NIE RUSZAJ SIĘ! PUŚĆ JĄ WSTRĘTNY WILKU!
Zaczęła grzebać z impetem w torebce szukając jakiejś rzeczy. Wyciągnęła małą puszkę z napisem "gaz pieprzowy." Mała dziewczynka krzyknęła, za nic nie chciała puścić mojego futra. Uśmiechnęłam się wesoło i zaczęłam warczeć na kobietę, której ręka trzęsła się tak bardzo, że myślałam iż jej odpadnie. Wyrwałam się nagle z objęć dziewczynki i dałam susa w górę, przeskakując trzęsącą się kobietę.
- Do zobaczenia - wykrzyknęłam radośnie do chłopaka i pognałam w stronę przy parkowego lasku.
<Christian?>
niedziela, 16 listopada 2014
Od Alexy
Dzisiaj miałam ciężki dzień w pracy, wyjechałam w teren zrobić parę fotek, nagrać parę relacji, a później przenieść to na papier, ale grunt, że jakoś to poszło i gdy skończyłam odetchnęłam z ulgą.Zaniosłam to do pani Megan i wyskoczyłam na kawę.Poszłam do mojej ulubionej kafejki i zamówiłam tam mocna kawę i ciastko.Ach dobrze, że wreszcie chwila ulgi.Przyglądałam się przez szybę zabieganym ludziom, którzy z pokerową twarzą przemierzali ulicę. Tu grupa studentów, za nim jakiś biznesmen, a tam dalej matka z dwojgiem dzieci, wystawiającym ręce w stronę sklepu z zabawkami.Przed nią jakaś dama z pięknym purpurowym kapeluszem na głowie i telefonem przy uchu.Ale nigdzie żadnej osoby, która by się uśmiechnęła do drugiej osoby. Spojrzałam na zegarek, wskazywał za kwadrans czwartą.Muszę się zbierać, zaraz autobus.Wstałam, założyłam swój płaszcz i poszłam zapłacić rachunek. Po czym podziękowałam, uśmiechnęłam się i wyszłam.Szybkim krokiem zmierzałam na autobus, uśmiechając się wdzięcznie do przechodniów, kry część z nich odwzajemniła. Za chwilę na przystanek zajechał autobus nr.105a, o to mój. Wsiadłam do niego i jak zwykle o tej porze był zapchany, o nie jeszcze trochę się pomęczę i dokonuje zakupu autka i zdania prawka.Już jutro pójdę zapisać się na kurs. Oczywiście ścisk ściskiem, ale ten zapach i brak tlenu doprowadza do ciężkiej rozpaczy. Dwudziestominutowa męka i nareszcie tlen! Weszłam do parku i przysiadłam na ławce. Wyjęłam z torby książkę "Żmija w szpilkach" i zaczęłam czytać. Gdy doszłam do momentu kiedy, Sidne kieruje sztylet w stronę Barego, Drogą przeszedł chłopak, popatrzył się na mnie i uśmiechną się szyderczo.Ja zmierzyłam go wzrokiem i wyszczerzyłam się do niego, jak to już mam w naturze i w myśli powiedziałam sobie Drań, a dlaczego? Ten uśmiech i oczy mówią wszystko, jakby to ująć w słowa burak fałszywy. Wróciła do czytania, ale litery układały się tylko w jedno całe G.Cały czas skakał mi po myśli ten ktoś, te oczy, ten uśmiech, tak jakbym go już kiedyś widziała... Nie, nie ma co sobie głowy tym zawracać.Złożyłam książkę, wstałam i ruszyłam dróżką wychodzącą z parku tuż na piaszczystą drogę ciągnącą się do lasu. Wyszłam z bramy i nagle poczułam czyjś oddech za plecami, przyspieszyłam. Nie chciałam się odwracać bo obawiałam się, że zastane coś, czego nie chce sobie wróżyć. Im moje kroki były szybsze, tym tamte kroki przyspieszały. Czułam już woń sosnowego lasu, czułam coraz bardziej tego osobnika. W końcu się zdenerwowałam, odwróciłam się i zasadziłam ostrego plaskacza. On tylko zaśmiał się szyderczo, a raczej wybuchną śmiechem, a dłonią pomasował swój czerwony policzek.Ja popatrzyłam się w jego oczy, coś mi przypominały, coś tylko co? Jego śmiech stawał się irytujący.
-Koleś ogarnij się bo zaraz uszkodzę twoją piękną twarzyczkę.
-No to wal!
Nie czekałam i skierowałam swoją pięść w jego stronę, on ją złapał i kurczowo zacisną.
-Po co to wszystko? Tylko po to byś się świetnie bawił?
-Twoja mina, bezcenna.Wiesz tak ładnie się uśmiechasz, a te oczy pełne nienawiści.
Coraz mocniej zaciskał moją dłoń i szczerzył do mnie swoje zęby.W mojej głowie w końcu zapaliła się zielona lampka.Po woli odczuwał w ręce mrowienie i ból.Próbowałam uwoliń swoją rękę, ale na nic się to nie zdało.
-Wiem
-Co takiego?
-Ja cie znam, a raczej znałam. Te oczy, ten uśmiech. Najlepszy kumpel Martina, drań z 3c.Dobrze cie pamiętam, a tego matoła to całkiem.Dobry z niego kumpel był nie? Szkoda, że w tedy ocaliłam mu życie.Co prawda w szkole krótko byłeś i później o tobie słuch zaginą, ale ja cie pamiętam, przez mgłę, ale pamiętam.Cóż za przypadek, że cię tu spotykam, przypadek.
(Asa?)
-Koleś ogarnij się bo zaraz uszkodzę twoją piękną twarzyczkę.
-No to wal!
Nie czekałam i skierowałam swoją pięść w jego stronę, on ją złapał i kurczowo zacisną.
-Po co to wszystko? Tylko po to byś się świetnie bawił?
-Twoja mina, bezcenna.Wiesz tak ładnie się uśmiechasz, a te oczy pełne nienawiści.
Coraz mocniej zaciskał moją dłoń i szczerzył do mnie swoje zęby.W mojej głowie w końcu zapaliła się zielona lampka.Po woli odczuwał w ręce mrowienie i ból.Próbowałam uwoliń swoją rękę, ale na nic się to nie zdało.
-Wiem
-Co takiego?
-Ja cie znam, a raczej znałam. Te oczy, ten uśmiech. Najlepszy kumpel Martina, drań z 3c.Dobrze cie pamiętam, a tego matoła to całkiem.Dobry z niego kumpel był nie? Szkoda, że w tedy ocaliłam mu życie.Co prawda w szkole krótko byłeś i później o tobie słuch zaginą, ale ja cie pamiętam, przez mgłę, ale pamiętam.Cóż za przypadek, że cię tu spotykam, przypadek.
(Asa?)
Nowy Banner!
Nasza wataha posiada już kolejny banner! Oto on:
Wykonawczynią tego cudeńka jest graczka Nie-Chcesz-Wiedzieć, której serdecznie dziękujemy! Banner możecie wklejać na swoją prezentację. A kod HTML, tak jak i inne bannery znajdziecie w zakładce "Promuj Nas!".
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
Od Adeline CD. Asy
Ten wilk wprowadził mnie w niebywały stan zdenerwowania! Jak on może mieć czelność panoszyć się po moim terenie!
-Słuchaj, nie mam zamiaru się z tobą teraz uganiać! Mam ciekawsze rzeczy do roboty! - warknęłam. Koniec, już nie będzie tak miło.
-To bardzo dobrze! Zejdź mi więc z drogi! - basior obwieszczając to uniósł górną wargę prezentując kły. Nie zamierzałam ustąpić. - Możesz już dać mi spokój?! O tej godzinie powinienem być już w jakimś motelu! - poskarżył się ukradkiem zerkając na zachodzące słońce.
-Jakby ci zależało opuściłbyś mój teren. - skomentowałam to z dezaprobatą. - Poza tym w tej okolicy nie masz co liczyć na chociażby zwykły motel.
-To super! - westchnął basior klnąc pod nosem.
-W zasadzie, mam wolny dom niedaleko w lesie. - obwieściłam. Uszy wilka drgnęły lekko na tą wiadomość.
(Asa? Na życzenie xd)
-Słuchaj, nie mam zamiaru się z tobą teraz uganiać! Mam ciekawsze rzeczy do roboty! - warknęłam. Koniec, już nie będzie tak miło.
-To bardzo dobrze! Zejdź mi więc z drogi! - basior obwieszczając to uniósł górną wargę prezentując kły. Nie zamierzałam ustąpić. - Możesz już dać mi spokój?! O tej godzinie powinienem być już w jakimś motelu! - poskarżył się ukradkiem zerkając na zachodzące słońce.
-Jakby ci zależało opuściłbyś mój teren. - skomentowałam to z dezaprobatą. - Poza tym w tej okolicy nie masz co liczyć na chociażby zwykły motel.
-To super! - westchnął basior klnąc pod nosem.
-W zasadzie, mam wolny dom niedaleko w lesie. - obwieściłam. Uszy wilka drgnęły lekko na tą wiadomość.
(Asa? Na życzenie xd)
Od Asy C.D Adeline
Sytuacja niezbyt podobała się Asie. Nie był stworzeniem strachliwym, walka była wręcz pożądaną częścią egzystencji, ale nie był zbyt chętny do niej, wiedząc, że pociągnęłoby to za sobą nie małe konsekwencje. Owszem, miał szanse w pojedynku jednak nie obyłoby się bez mniejszych bądź większych obrażeń. Każde, nawet najmniejsze może być zagrożeniem dla samotnika. Spojrzał na nią, ciągle zachowując się pogardliwie. Nie obchodziła go kwestia, kogo to teren, bo do szczęścia ta informacja mu potrzebna nie była, nic sobie z tego nawet nie robił. I tak jutro, bądź nawet tego samego dnia znów błąkałby się niczym bezpański kundel po ich terytorium, nie zważając na wrogo nastawione wilki. Trudno go wygonić, jeśli sam odejść nie chce, to fakt. Taki uciążliwy pasożyt.
- Słodko - parsknął opryskliwie. Nadal szczerzył kły, co wyglądało trochę jak specyficzny uśmiech. Choć zazwyczaj dla kobiet był szczególnie miły, traktował ją jak wroga. Czemu? Bo ona go również, po prostu odwdzięczał się. Logika Asy, nie pytajcie i tak nie zrozumiecie. Zagadka nie do rozwiązania. - Nie obraź się, ale nie obchodzi mnie zabawa w watahy. Było miło, ale żegnam.
Chciał ruszyć w głąb lasu, w stronę, w którą wcześniej się kierował jednak upierdliwa wilczyca zastąpiła mu drogę. Pokręcił głową znudzony, wywrócił oczami i chciał ją wyminąć, jednak ona znów postanowiła uprzykrzyć mu życie swą upartością. Nie pozwoliła mu przejść.
- Co się tak rzucasz? Ah, tak, jestem obcym, wielkim złym wilkiem. Odsuń się, zanim Cię schrupię na śniadanie - zażartował.
(Adeline?)
- Słodko - parsknął opryskliwie. Nadal szczerzył kły, co wyglądało trochę jak specyficzny uśmiech. Choć zazwyczaj dla kobiet był szczególnie miły, traktował ją jak wroga. Czemu? Bo ona go również, po prostu odwdzięczał się. Logika Asy, nie pytajcie i tak nie zrozumiecie. Zagadka nie do rozwiązania. - Nie obraź się, ale nie obchodzi mnie zabawa w watahy. Było miło, ale żegnam.
Chciał ruszyć w głąb lasu, w stronę, w którą wcześniej się kierował jednak upierdliwa wilczyca zastąpiła mu drogę. Pokręcił głową znudzony, wywrócił oczami i chciał ją wyminąć, jednak ona znów postanowiła uprzykrzyć mu życie swą upartością. Nie pozwoliła mu przejść.
- Co się tak rzucasz? Ah, tak, jestem obcym, wielkim złym wilkiem. Odsuń się, zanim Cię schrupię na śniadanie - zażartował.
(Adeline?)
Od Juliette CD Ache
Byliśmy na otwartej przestrzeni, a na dodatku wyraźnej wysokości, więc wiatr był bardziej odczuwalny. Gładził moje policzki, plątał włosy. W pewnym momencie był tak lodowaty, że na moich policzkach pojawiło się coś na wzór rumieńców. Owszem, odwiedziło mnie sumienie, zawsze się budzi w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy z nim walczę zawsze ponoszę klęskę. Było chłodno, a on podarował moim barkom swoją kurtkę pozostawiając własne na te nieprzyjazne warunki. Kątem oka spojrzałam na chłopaka. Jakoś wyjątkowo nie okazywał chłodu który tak targał jego ciałem. Widziałam jego gęsią skórkę wędrującą po odkrytym ciele.. Westchnęłam w myślach i zadałam sobie kilka pytań na które nie potrafiłam odpowiedzieć. Po chwili zbliżyłam się do niego, po czym okryłam jego kurtką nas oboje. Nie spojrzał na mnie, nadal patrzył przed siebie, ale mimo to na jego usta wprosił się uśmiech, co sprawiło, że moje również wygięły się w podkowę.
-Nie jesteś dupkiem.- powiedziałam zaprzeczając mojemu zdaniu przed kilku minut.
-A ty nie jesteś tak bezczelna, jak mi się wydawało.
-Chyba jeszcze mnie nie znasz- zachichotałam.
W pewnym momencie poczułam swobodę w jego obecności, nie licząc tego jeziora ku stóp klifu, wspominałam, że nie potrafię pływać?
-Przepraszałam już?
-Tak, ale nie dziękowałaś.-spojrzał na mnie przez chwile, po czym ponownie skierował wzrok na wysokie wieżowce New York'u.
Rzeczywiście piękny widok. Siedzisz na pachnącej trawie, drażni cię wiatr, okrążają drzewa, a tam w oddali widzisz ludzi, których jest ci żal, żal bo nie mają możliwości widzieć tego co ty. Odejść od tego zgiełku, który jest zbędny w życiu, chociaż czasami jego brak powoduje zaburzenia psychiczne.
-Dziękuje. Zadowolony?- popchałam go lekko w bark opadając na niego.
-Jeszcze nie wiesz, jak bardzo.- zachichotał, a ja zmrużyłam oczy patrząc na niego, po chwili przypomniało mi się, że nie będę miała za kolorowo kiedy wrócę do domu.
- Już pewnie chodzą po suficie.-położyłam się na trawie, odsłaniając nagie barki, a przy okazji czułam wilgoć trawy. Już małe znaczenie miał dla mnie ten cały chłód, bo wróciła rzeczywistość,a miałam nadzieję, że już nie wróci. Zagubiona, taka się czuje. Nie wiem czego już mam się spodziewać,a może wiem? Los nigdy nie będzie dla mnie łaskawy, zawsze spotka mnie coś złego. Kiedy uciekłam, wracają niczym bumerang, te chol*rne myśli. Nie chodzi mi o te o rodzicach zastępczych, czy biologicznych.
Ehh... nie ważne, gubię już się sama w sobie.
Schowałam twarz w rękach, zamknęłam oczy,a pod powiekami pustka, nic. Czasami to "nic", staje się wszystkim,a wszystko staje się niczym. Takie mam poglądy do pewnych rzeczy, więc czy życie jest logiczne? Wracam do rzeczywistości.
Po chwili słyszałam jego oddech. Leżał obok.
-Kto chodzi po suficie? Mama?
-Moja mama nie żyje, ale ta która teraz się nią nazywa za pewne.- odparłam oschle
Nasze oczy pochłonął ocen gwiazd. Były piękne, a z czasem pozwoliły mi się uspokoić i odskoczyć ponownie od rzeczywistości.
-Patrz! Widzisz?- powiedziałam przez śmiech wskazując na niebo- Spadająca gwiazda, widzisz?- krzyczałam niczym małe dziecko ujmując jego aksamitne policzki, kierując na gwiazdę.
On zaczął powstrzymywać śmiech wywołany moim zachowaniem.
-Poproś o coś rozważnego. Na przykład o inteligencje- rozkazał, zmierzyłam go wzrokiem
-Ty również, nie jestem do tego stopnia egoistką, podzielę się moją gwiazdą. Daje ci...hmm? 10% zysków?- przekrzywiłam lekko głowę śmiejąc się
-50%-negocjował.
Zachowywaliśmy się jak dzieci. Nie zaprzeczę, że nie była to przyjemna zabawa, nie posiadać problemów i zmartwień przez tę dłuższą chwilę.
-Zgoda- przyjęłam minę biznesmena i wyciągnęłam w jego stronę rękę, on z uśmiechem uścisnął dłoń.
-Co zrobisz ze swoim marzeniem?-dodał
-Wykorzystam je.
-Czego sobie zażyczysz?- spojrzał na mnie uwodzicielsko
-Wiesz, zdradzanie marzeń przynosi pecha i mogą się nie spełnić,a wtedy 50% moich zysków pójdzie w błoto zaśmiałam się.
Po chwili zapadła cisza wypełniająca nasze wnętrza w każdym calu. Patrzyliśmy jak gwiazdy toną w szarych chmurach, nie zważając czy za moment będzie padać czy nie. Kocham deszcz, jest jedną z nie wielu rzeczy, które potrafią mnie uspokoić, którą mogę poczuć i skojarzyć z dzieciństwem. Byłam już nieco zmęczona, ale jakoś jego obecność, niebo i nadzieja, że może padać sprawiają,że nie mam chwilowej ochoty na sen.
(Ache?)
-Nie jesteś dupkiem.- powiedziałam zaprzeczając mojemu zdaniu przed kilku minut.
-A ty nie jesteś tak bezczelna, jak mi się wydawało.
-Chyba jeszcze mnie nie znasz- zachichotałam.
W pewnym momencie poczułam swobodę w jego obecności, nie licząc tego jeziora ku stóp klifu, wspominałam, że nie potrafię pływać?
-Przepraszałam już?
-Tak, ale nie dziękowałaś.-spojrzał na mnie przez chwile, po czym ponownie skierował wzrok na wysokie wieżowce New York'u.
Rzeczywiście piękny widok. Siedzisz na pachnącej trawie, drażni cię wiatr, okrążają drzewa, a tam w oddali widzisz ludzi, których jest ci żal, żal bo nie mają możliwości widzieć tego co ty. Odejść od tego zgiełku, który jest zbędny w życiu, chociaż czasami jego brak powoduje zaburzenia psychiczne.
-Dziękuje. Zadowolony?- popchałam go lekko w bark opadając na niego.
-Jeszcze nie wiesz, jak bardzo.- zachichotał, a ja zmrużyłam oczy patrząc na niego, po chwili przypomniało mi się, że nie będę miała za kolorowo kiedy wrócę do domu.
- Już pewnie chodzą po suficie.-położyłam się na trawie, odsłaniając nagie barki, a przy okazji czułam wilgoć trawy. Już małe znaczenie miał dla mnie ten cały chłód, bo wróciła rzeczywistość,a miałam nadzieję, że już nie wróci. Zagubiona, taka się czuje. Nie wiem czego już mam się spodziewać,a może wiem? Los nigdy nie będzie dla mnie łaskawy, zawsze spotka mnie coś złego. Kiedy uciekłam, wracają niczym bumerang, te chol*rne myśli. Nie chodzi mi o te o rodzicach zastępczych, czy biologicznych.
Ehh... nie ważne, gubię już się sama w sobie.
Schowałam twarz w rękach, zamknęłam oczy,a pod powiekami pustka, nic. Czasami to "nic", staje się wszystkim,a wszystko staje się niczym. Takie mam poglądy do pewnych rzeczy, więc czy życie jest logiczne? Wracam do rzeczywistości.
Po chwili słyszałam jego oddech. Leżał obok.
-Kto chodzi po suficie? Mama?
-Moja mama nie żyje, ale ta która teraz się nią nazywa za pewne.- odparłam oschle
Nasze oczy pochłonął ocen gwiazd. Były piękne, a z czasem pozwoliły mi się uspokoić i odskoczyć ponownie od rzeczywistości.
-Patrz! Widzisz?- powiedziałam przez śmiech wskazując na niebo- Spadająca gwiazda, widzisz?- krzyczałam niczym małe dziecko ujmując jego aksamitne policzki, kierując na gwiazdę.
On zaczął powstrzymywać śmiech wywołany moim zachowaniem.
-Poproś o coś rozważnego. Na przykład o inteligencje- rozkazał, zmierzyłam go wzrokiem
-Ty również, nie jestem do tego stopnia egoistką, podzielę się moją gwiazdą. Daje ci...hmm? 10% zysków?- przekrzywiłam lekko głowę śmiejąc się
-50%-negocjował.
Zachowywaliśmy się jak dzieci. Nie zaprzeczę, że nie była to przyjemna zabawa, nie posiadać problemów i zmartwień przez tę dłuższą chwilę.
-Zgoda- przyjęłam minę biznesmena i wyciągnęłam w jego stronę rękę, on z uśmiechem uścisnął dłoń.
-Co zrobisz ze swoim marzeniem?-dodał
-Wykorzystam je.
-Czego sobie zażyczysz?- spojrzał na mnie uwodzicielsko
-Wiesz, zdradzanie marzeń przynosi pecha i mogą się nie spełnić,a wtedy 50% moich zysków pójdzie w błoto zaśmiałam się.
Po chwili zapadła cisza wypełniająca nasze wnętrza w każdym calu. Patrzyliśmy jak gwiazdy toną w szarych chmurach, nie zważając czy za moment będzie padać czy nie. Kocham deszcz, jest jedną z nie wielu rzeczy, które potrafią mnie uspokoić, którą mogę poczuć i skojarzyć z dzieciństwem. Byłam już nieco zmęczona, ale jakoś jego obecność, niebo i nadzieja, że może padać sprawiają,że nie mam chwilowej ochoty na sen.
(Ache?)
sobota, 15 listopada 2014
Od Christiana
Wyszedłem z baru i zsunąłem się ze wszystkich trzech schodów które do niego prowadziły, przypomniał mi się fatalny wyścig z Nicole i ten zapach. Zapach nie podobny do żadnego którego znam, przyprawia mnie on o zawrót głowy i sprawia, że moje myśli nie przestają wokoło niego krążyć. W końcu ulegam mojemu przeczuciu, iż to nie chwilowa sprawa i postanawiam przyjrzeć się temu..bliżej? Mam wielką ochotę zapalić, domaga się tego moje ciało ale.. nie mam teraz czasu więc ignoruje tę nagłą zachciankę i zmieniam się w wilka zeskakując ze schodów. Tak mi łatwiej kogoś wytropić. Był wczesny ranek, nie miałem ochoty spędzić kolejnych kilku bezcennych chwil w szkole. Dzień zapowiadał się być słoneczny, jak na połowę listopada wróży to dobrze ale mimo wszystko nie widziały mi się święta bez śniegu. Wolno zacząłem przedzierać się przez las, lśnił tysiącami barw. Niezwykły widok, taka pogoda sprzyjała wycieczką po lesie. Dzieci będą spacerować, wyobrażam sobie jak jakiś nieumiejący panować nad sobą wilkołak w panice rzuca się na nich, rozszarpuje każdego na.. mocno zaciskam zęby, starając się pohamować moje myśli lecz zauważam, że zwiększyłem tępo. Moje kroki odbijają się głucho od ziemi, wybijając coraz szybszy rytm gdy nie mogę zatrzymać moich wyobrażeń. W końcu łapię jakiś trop, nikły zaczyna się powoli zlewać z powietrzem ale ja z nową determinacją tropię swoją zdobycz. Na Boga, przyrzekam, jeśli będzie to jakiś cholerny szczeniak ukatrupię. Zaraz, chwilka. Ja nie jestem zbytnio wierzący. Przerzucam oczami na tą myśli, chrzanić to. Klnę pod nosem kiedy czuję, że była tutaj już Del. Jeśli znajdę jej ciało, to naprawdę nie ręczę za siebie. Cholera przyrzekam. Jestem bliżej, powoli zwalniam czując, że zaraz ujrzę winowajcę który spędził mi sen z powiek. Zatrzymuje się i wpatruje się w krzaki w których coś się porusza. Odsłaniam wargi, warczę przeciągle. Powoli wyłania się czarny.. zaraz to wilczyca. Widzę po budowie ciała, barwa jej głosu też jest zbyt ciepła jak na wilka. Od razu przestaję warczeć, Adeline zawsze daje mi bure jak na nią warczę lub na jakąś inną wilczycę: "Pamiętaj, warcz sobie ile chcesz, ale nie na kobietę!" Ta jednak patrzy na mnie tak jakby zjadła coś nie świeżego i mam wrażenie, że zaraz się na mnie rzuci. Było by dość zabawnie.
-Hey, mała.- przekrzywiam głowę na bok i łapię się na tym, iż nadal mam ochotę zapalić. Wkurza mnie to i drażni. Patrzy na mnie wielkim oczami w których maluje się żądza usunięcia mnie z jej pola widzenia.
-Hey, dupku.- warczy. Hallo, jej wolno na mnie warczeć, ale mi na nią nie! Solidarności.- Jakim pra..
-..prawem mnie zatrzymujesz, wkurzasz i mówisz do mnie na 'ty'. - przerywam jej markotnie z lekkim lekceważeniem.- Otóż; jesteś na moich terenach, mamy wolny kraj, jestem alphą.- wymieniam monotonnie unosząc jedną brew.- I mam prawo Cie zabić...lecz tego nie zrobię.
Del by mnie zabiła, przemyka mi przez myśl. Uch, czasami mnie wkurza.
[Marceline?]
-Hey, mała.- przekrzywiam głowę na bok i łapię się na tym, iż nadal mam ochotę zapalić. Wkurza mnie to i drażni. Patrzy na mnie wielkim oczami w których maluje się żądza usunięcia mnie z jej pola widzenia.
-Hey, dupku.- warczy. Hallo, jej wolno na mnie warczeć, ale mi na nią nie! Solidarności.- Jakim pra..
-..prawem mnie zatrzymujesz, wkurzasz i mówisz do mnie na 'ty'. - przerywam jej markotnie z lekkim lekceważeniem.- Otóż; jesteś na moich terenach, mamy wolny kraj, jestem alphą.- wymieniam monotonnie unosząc jedną brew.- I mam prawo Cie zabić...lecz tego nie zrobię.
Del by mnie zabiła, przemyka mi przez myśl. Uch, czasami mnie wkurza.
[Marceline?]
Od Adeline CD. Asy
Dzień był cudowny! Wybierając się wcześnie rano na polowanie już o tym wiedziałam. Słońce hojnie obdarowywało tutejsze okolice swoimi promykami. O tej porze roku taka pogoda należała do rzadkości.
Gdy przechadzałam się po lesie aż żal było mi go opuszczać. Korony drzew upstrzone były barwnymi liśćmi, które spadając tworzyły kolorowy dywan. Wszystko wydawało się być w idealnym stanie. Nienaruszonym, tak, jakby zatrzymał się czas. Nagle wyczułam niepokojący zapach - nieznajomy wilk. Zakłócił on idealny porządek. Wiedziałam, że wilk może stać tuż za mną, albo krążyć tu w przekonaniu, iż jest bezpieczny. Jako Alpha musiałam chronić watahę przed obcymi, to należało do moich obowiązków. Jednak jeżeli zacznę tropić wilk, by go stąd wypłoszyć wyniknie z tego nieunikniona walka. Z kolei jeżeli nic nie zrobię narażę wszystkich na niebezpieczeństwo. Decyzja była do przewidzenia - opuściłam w miarę bezpieczny schron podążając za obcym zapachem. W jednej chwili zza drzew wyłonił się czarny jak smoła, ogromny basior z najeżoną na grzbiecie sierścią. Musiał wcześniej wyczuć mój zapach, był przygotowany na wszelki atak. Odsłoniłam szereg ostrych kłów ostrzegając, iż nie jestem bezbronna. Wilk zrozumiał mój przekaz robiąc to samo, chciał tym pokazać swoją przewagę.
-Lepiej zastanów się co robisz. - usłyszałam cichy głos, który po sekundzie przerodził się w przeciągły warkot. Czarny basior musiał by wilkołakiem...Nie zmieniało to jednak faktu, że to przeciwnik.
-Tak się składa, że jesteś na moim terenie. - odparła wpatrując się w błyskające oczy wilka. Był pewny siebie, trzeba było mu to przyznać, więc moja wypowiedź nie zrobiła zapewne na nim żadnego wrażenia.
-To nic nie zmienia! - odwarknął kłapiąc zębami. Z pewnością rzucilibyśmy się sobie do gardeł gdyby nie inny zapach. Wilka z watahy, najprawdopodobniej Christiana, który był gdzieś w okolicy. Czarny basior zrozumiał, że nie miałby szans w pojedynku. - Sama nie dasz rady?! - prychnął uspakajając się stopniowo.
-Nikogo przecież nie zwoływałam! - warknęłam w jego stronę.
-Spokojnie, źle zaczęliśmy znajomość. Wyluzuj! - wilk wyszczerzył pysk w łobuzerskim uśmiechu. No jasne! Ci mężczyźni... Najpierw z wielką ochotą rozszarpałby cię na kawałki, a zaraz potem każe ci się 'wyluzować'! Normalne? Oczywiście, że nie.
-Okej, chyba dotarło do ciebie, że to mój teren. W ogóle jestem Adeline. - odezwała się jakaś życzliwa część mnie.
-Ja Asa. Jest tu was więcej? - zapytał. Zapach innego wilka zniknął, więc mógł uznać to go za zwykłego drapieżnika polującego niedaleko.
-Jak najbardziej. Mamy tu watahę, ja i Christian, który również pełni rolę Alphy, zresztą ja też, to chyba jasne.
(Asa? Wiem, takie jakieś dziwne xD)
Gdy przechadzałam się po lesie aż żal było mi go opuszczać. Korony drzew upstrzone były barwnymi liśćmi, które spadając tworzyły kolorowy dywan. Wszystko wydawało się być w idealnym stanie. Nienaruszonym, tak, jakby zatrzymał się czas. Nagle wyczułam niepokojący zapach - nieznajomy wilk. Zakłócił on idealny porządek. Wiedziałam, że wilk może stać tuż za mną, albo krążyć tu w przekonaniu, iż jest bezpieczny. Jako Alpha musiałam chronić watahę przed obcymi, to należało do moich obowiązków. Jednak jeżeli zacznę tropić wilk, by go stąd wypłoszyć wyniknie z tego nieunikniona walka. Z kolei jeżeli nic nie zrobię narażę wszystkich na niebezpieczeństwo. Decyzja była do przewidzenia - opuściłam w miarę bezpieczny schron podążając za obcym zapachem. W jednej chwili zza drzew wyłonił się czarny jak smoła, ogromny basior z najeżoną na grzbiecie sierścią. Musiał wcześniej wyczuć mój zapach, był przygotowany na wszelki atak. Odsłoniłam szereg ostrych kłów ostrzegając, iż nie jestem bezbronna. Wilk zrozumiał mój przekaz robiąc to samo, chciał tym pokazać swoją przewagę.
-Lepiej zastanów się co robisz. - usłyszałam cichy głos, który po sekundzie przerodził się w przeciągły warkot. Czarny basior musiał by wilkołakiem...Nie zmieniało to jednak faktu, że to przeciwnik.
-Tak się składa, że jesteś na moim terenie. - odparła wpatrując się w błyskające oczy wilka. Był pewny siebie, trzeba było mu to przyznać, więc moja wypowiedź nie zrobiła zapewne na nim żadnego wrażenia.
-To nic nie zmienia! - odwarknął kłapiąc zębami. Z pewnością rzucilibyśmy się sobie do gardeł gdyby nie inny zapach. Wilka z watahy, najprawdopodobniej Christiana, który był gdzieś w okolicy. Czarny basior zrozumiał, że nie miałby szans w pojedynku. - Sama nie dasz rady?! - prychnął uspakajając się stopniowo.
-Nikogo przecież nie zwoływałam! - warknęłam w jego stronę.
-Spokojnie, źle zaczęliśmy znajomość. Wyluzuj! - wilk wyszczerzył pysk w łobuzerskim uśmiechu. No jasne! Ci mężczyźni... Najpierw z wielką ochotą rozszarpałby cię na kawałki, a zaraz potem każe ci się 'wyluzować'! Normalne? Oczywiście, że nie.
-Okej, chyba dotarło do ciebie, że to mój teren. W ogóle jestem Adeline. - odezwała się jakaś życzliwa część mnie.
-Ja Asa. Jest tu was więcej? - zapytał. Zapach innego wilka zniknął, więc mógł uznać to go za zwykłego drapieżnika polującego niedaleko.
-Jak najbardziej. Mamy tu watahę, ja i Christian, który również pełni rolę Alphy, zresztą ja też, to chyba jasne.
(Asa? Wiem, takie jakieś dziwne xD)
Od Ache CD. Juliette
On był kimś, kto nie pozwalał sobie dmuchać w kaszę. Sprawy załatwiał szybko i skutecznie. Tej delikwentce postanowił dać nauczkę. Nie zostawiłby jej, bo nie jest aż tak zły i zepsuty. Oczywiście nie poinformuje jej o tym, bo wtedy będzie zbyt pewna siebie i posłuszeństwo zniknie. Przez cały czas chciało mu się śmiać po tym, jak ją wystraszył. Próbowała walczyć, ale nie z nim takie numery. Unieszkodliwił ją w parę sekund. Jedna ręka wystarczała mu w zupełności, by ją unieruchomić.
- Zanim podrzucę cię do domu, może zrobimy sobie wycieczkę po okolicach Nowego Yorku? - zaśmiał się cicho, spoglądając jej w oczy. Lubił drażnić ludzi, a na nią widocznie działał tak, jak zamierzał.
- A może po prostu dasz mi spokój? - warknęła, próbując wyrwać się z jego uścisku. Jedynie co zrobiła to sprawiła, że ścisnął ją mocniej.
- Wiesz... nie. Wybieram swoją opcję. Chyba, że wolisz zostać tutaj i przenocować na uroczym wzgórzu z nadmorskimi widokami, a jeżeli ci się poszczęści to w środku nocy dorwą cię handlarze nerkami! - zachichotał.
- Daruj sobie, jedźmy już po prostu - mruknęła, przewracając teatralnie oczami. - Im szybciej skończymy "wycieczkę", tym szybciej cię pożegnam i przestanę być zmuszana do oglądania cię i wysłuchiwania. - parsknęła.
- Mów tak dalej, a spełnię swoją obietnicę i zafunduję ci nocleg w hotelu "Pod chmurką", mała. - zaśmiał się złośliwie pod nosem.
Słyszał jej niezadowolone mamrotanie. Uwolnił ją powoli i podszedł do swojego motocykla. Poczekał na pasażerkę. Wsiadł na swoją maszynę. Gdy poczuł, że dziewczyna siedzi już za nim i obejmuje go ostrożnie - i z wyraźną niechęcią - uśmiechnął się pod nosem.
- Właściwie to jak ty masz na imię? - spytał.
Chciał zwracać się do niej na "ty", a nie ciągle tak bezosobowo. No chyba, że wolała kiedy nazywał ją małą.
- Juliette. - usłyszał jej cichy głos.
- Ache - również się przedstawił. - Ale możesz mnie także nazywać swoim panem i władcą. - dodał. Przecież nie obyłoby się bez czegoś podobnego. Ostatnim słowom towarzyszył kpiący chichot.
Zerknął na nią ukradkiem. Odpalił silnik. Światło oświetliło przestrzeń przed nimi. Zmrok już zapadł całkowicie. Chwilę później byli już w trasie. Postanowił dać jej kolejną nauczkę, tym razem za nic, i przyspieszyć nieco. Poruszali się 220km/h. Poczuł, że wtuliła się w niego mocniej. Roześmiał się głośno. Długo jej tym nie męczył, bo zaraz zwolnił nieco. Łaskawca od siedmiu boleści. W pewnej chwili skręcił w jakąś wąską uliczkę. Kawałek dalej zaczynała się już droga nie zrobiona z asfaltu, acz polna, dlatego zatrzymał maszynę i zarządził wysiadkę. Ruszyli ciemną dróżką.
- Dlaczego akurat tu? - zapytała, dorównując mu kroku.
- Bo nie tam. - odparł z tym swoim drażniącym uśmieszkiem i spojrzał na nią kątem oka.
Mruknęła coś z niezadowoleniem. Po jakichś dwóch minutach spostrzegł, że Juliette zadrżała z zimna. Szybkim ruchem zdjął z siebie swą bluzę i ostrożnie zarzucił ją na plecy towarzyszki. Dżentelmen! Potem nie patrzył już na nią. Zaraz też dotarli na miejsce. Odchylił ostrożnie gęste krzaczory.
- Panie przodem. - uśmiechnął się głupkowato i wskazał lewą ręką "luksusowe" wejście. Prawą natomiast przytrzymywał odchylone ostre gałązki.
Gdy skończyła mierzyć go podejrzliwym wzrokiem, postanowiła wreszcie przejść przez krzaki. Ache podążył za nią. Znajdowali się na czymś, co przypominało średnich rozmiarów klif. W dole widniało wielkie jezioro. Otoczenie wypełnione było drzewami. Tu i ówdzie latały świetliki. Podszedł bliżej krawędzi i klapnął sobie wygodnie na ziemi. Chwilę potem usłyszał i poczuł, jak ktoś siada tuż obok. A przecież była z nim tylko jedna osoba.
- Bardzo tu ładnie... - stwierdziła, rozglądając się.
W oddali widać było światła miasta. Przyjemna cisza pieściła jego uszy. Miło tak czasem odpocząć od codziennej wrzawy i kłapiących dziobami ludzi.
- Nie bez powodu wybrałem akurat to miejsce. - rzekł cicho. Teraz już nie było słychać tej samej kpiny. Mówił tonem spokojnym i miłym. Za swoje już dostała, zatem pora, by jej odpuścił.
(Juliette? xd)
- Zanim podrzucę cię do domu, może zrobimy sobie wycieczkę po okolicach Nowego Yorku? - zaśmiał się cicho, spoglądając jej w oczy. Lubił drażnić ludzi, a na nią widocznie działał tak, jak zamierzał.
- A może po prostu dasz mi spokój? - warknęła, próbując wyrwać się z jego uścisku. Jedynie co zrobiła to sprawiła, że ścisnął ją mocniej.
- Wiesz... nie. Wybieram swoją opcję. Chyba, że wolisz zostać tutaj i przenocować na uroczym wzgórzu z nadmorskimi widokami, a jeżeli ci się poszczęści to w środku nocy dorwą cię handlarze nerkami! - zachichotał.
- Daruj sobie, jedźmy już po prostu - mruknęła, przewracając teatralnie oczami. - Im szybciej skończymy "wycieczkę", tym szybciej cię pożegnam i przestanę być zmuszana do oglądania cię i wysłuchiwania. - parsknęła.
- Mów tak dalej, a spełnię swoją obietnicę i zafunduję ci nocleg w hotelu "Pod chmurką", mała. - zaśmiał się złośliwie pod nosem.
Słyszał jej niezadowolone mamrotanie. Uwolnił ją powoli i podszedł do swojego motocykla. Poczekał na pasażerkę. Wsiadł na swoją maszynę. Gdy poczuł, że dziewczyna siedzi już za nim i obejmuje go ostrożnie - i z wyraźną niechęcią - uśmiechnął się pod nosem.
- Właściwie to jak ty masz na imię? - spytał.
Chciał zwracać się do niej na "ty", a nie ciągle tak bezosobowo. No chyba, że wolała kiedy nazywał ją małą.
- Juliette. - usłyszał jej cichy głos.
- Ache - również się przedstawił. - Ale możesz mnie także nazywać swoim panem i władcą. - dodał. Przecież nie obyłoby się bez czegoś podobnego. Ostatnim słowom towarzyszył kpiący chichot.
Zerknął na nią ukradkiem. Odpalił silnik. Światło oświetliło przestrzeń przed nimi. Zmrok już zapadł całkowicie. Chwilę później byli już w trasie. Postanowił dać jej kolejną nauczkę, tym razem za nic, i przyspieszyć nieco. Poruszali się 220km/h. Poczuł, że wtuliła się w niego mocniej. Roześmiał się głośno. Długo jej tym nie męczył, bo zaraz zwolnił nieco. Łaskawca od siedmiu boleści. W pewnej chwili skręcił w jakąś wąską uliczkę. Kawałek dalej zaczynała się już droga nie zrobiona z asfaltu, acz polna, dlatego zatrzymał maszynę i zarządził wysiadkę. Ruszyli ciemną dróżką.
- Dlaczego akurat tu? - zapytała, dorównując mu kroku.
- Bo nie tam. - odparł z tym swoim drażniącym uśmieszkiem i spojrzał na nią kątem oka.
Mruknęła coś z niezadowoleniem. Po jakichś dwóch minutach spostrzegł, że Juliette zadrżała z zimna. Szybkim ruchem zdjął z siebie swą bluzę i ostrożnie zarzucił ją na plecy towarzyszki. Dżentelmen! Potem nie patrzył już na nią. Zaraz też dotarli na miejsce. Odchylił ostrożnie gęste krzaczory.
- Panie przodem. - uśmiechnął się głupkowato i wskazał lewą ręką "luksusowe" wejście. Prawą natomiast przytrzymywał odchylone ostre gałązki.
Gdy skończyła mierzyć go podejrzliwym wzrokiem, postanowiła wreszcie przejść przez krzaki. Ache podążył za nią. Znajdowali się na czymś, co przypominało średnich rozmiarów klif. W dole widniało wielkie jezioro. Otoczenie wypełnione było drzewami. Tu i ówdzie latały świetliki. Podszedł bliżej krawędzi i klapnął sobie wygodnie na ziemi. Chwilę potem usłyszał i poczuł, jak ktoś siada tuż obok. A przecież była z nim tylko jedna osoba.
- Bardzo tu ładnie... - stwierdziła, rozglądając się.
W oddali widać było światła miasta. Przyjemna cisza pieściła jego uszy. Miło tak czasem odpocząć od codziennej wrzawy i kłapiących dziobami ludzi.
- Nie bez powodu wybrałem akurat to miejsce. - rzekł cicho. Teraz już nie było słychać tej samej kpiny. Mówił tonem spokojnym i miłym. Za swoje już dostała, zatem pora, by jej odpuścił.
(Juliette? xd)
od Juliette CD Ache
Nie mogę stwierdzić, że nie miałam wyboru, bo miałam. Lecz nie były one lepsze od tego. "Pieski" już nie tylko były słyszalne, ale i widoczne ich koguty rozświetlały mroczne uliczki.
On siedział już na swoim motorze nerwowo rozgrzewając silnik i susząc białe ząbki. Westchnęłam głęboko i usiadłam na skórzanym siedzeniu, nie myśląc o zaistniałej sytuacji. Czułam jak kąciki jego ust unoszą się. Wcale mu się nie śpieszyło jak twierdził wcześniej, wcale nie odczuwał strachu nad kajdanami, czy niebiesko-czerwonymi syrenami, był świadomy, że mu to nie grozi. Uniósł lekko swoją białą bluzkę i skórzaną kurtkę, przez co wyraźnie zasygnalizował, że mam objąć go w talii.
-Tak będzie wygodniej- zaśmiał się ukazując ponownie swój specyficzny uśmieszek.
-Wygodniej?-powiedziałam, brzmiąc jak jakaś histeryczka. Zmarszczyłam brwi po czym spojrzałam z ciekawości na zbliżające się radiowozy.
Nie miałam ochoty już więcej niczego komentować, miałam tylko chęć aby to wszystko dobiegło końca. Wsunęłam swoje delikatne i chłodne dłonie pod jego kurtkę, poczułam przyjemne ciepło bijące z jego ciała, ale pod żadnym pozorem moja twarz nie okazała tego typu uczuć. Poczułam też, jak chłód moich rak sprawił, że po jego ciele rozproszyły się fale dreszczy.
Ruszył pewnie i gwałtownie z piskiem opon, ufałam mu w pełni nie miałam w tym momencie wyboru.
Po woli zbliżyłam się do jego ciała, tak aby nie zauważył, opierając się o niego jednym policzkiem, ale był sprytniejszy niż mi się wydawało, odwrócił się i wysłał mi tryumfalny uśmieszek, a ja wrogo zmierzyłam go wzrokiem.
Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak on. Znam go... kto go nie zna? Jeden z mistrzów wyścigów ulicznych. Lecz nie spodziewałam się takiego charakteru, już pierwsze wrażenie wiele daje.
Zgubiliśmy ich, dźwięk znienawidzonych przeze mnie syren ucichł, pozostało tylko ich echo w mojej głowie. Z jego umiejętnościami wcale nie było to trudne, jaki i nie było trudne wpoić mi trochę ekstremalnej jazdy do zamarzniętych żył, przez co krew ponownie płynie prawidłowo.
Zatrzymał się na jakimś pustkowiu. Nie mogę określić gdzie dokładnie to było, słyszałam tylko szum morza i fale próbujące przebić się przez skały. Jedyne co było źródłem światła, to światło bijące z jego motoru.
Byłam zdezorientowana. Nie rozumiem, ja na pewno tu nie mieszkam, on za pewnie również nie, więc nie rozumiem o co mu chodzi. Nie wierzę, że będzie mścił się na mnie z powodu tych kilku ścieżek rys na jego drogocennym rumaku. Co może mnie jeszcze tu zostawi? To byłoby nie dorzeczne.
- Złaź.- rozkazał krótko. Zrobiłam dokładnie to co mi kazał. Nie spodziewałam się jego reakcji, chociaż z jednej strony nie powinno mnie to dziwić.
Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, po czym bez słowa zginął w ciemności,a mój krzyk również został stłumiony przez gęstą ciemność.Zniknął, nie czułam już tego charakterystycznego zapachu spalin drapiących płuca, oraz zapachu jego przesadnych perfum, które moim zdaniem wcale nie były mu potrzebne. Westchnęłam głęboko siadając na chłodnej ziemi, po chwili poczułam jakby czyjaś dłoń wędrowała po mojej, wstrząsnął mną kilka razy lodowaty dreszcz, czułam strach, kochałam mrok i tajemniczość, ale teraz jakby to wszystko odwróciło się ode mnie. Byłam pewna co do mojej nie przewidywalnej wyobraźni, że to właśnie ona płata mi w tym momencie figle i w pełni ją zignorowałam, ale kiedy coś zaczęło wędrować po mojej szyi w stronę twarzy nie mogłam dłużej trzymać strachu na wodzy, wzdrygnęło moim ciałem coś czego nie potrafię określić, po chwili oślepiło mnie światło tego nieszczęsnego motoru, a kiedy odzyskałam ostrość obok ujrzałam tego chłopaka.
-Buu!- wrzasnął mi do ucha, po czym obdarował mnie dziwnym wzrokiem.
-Na prawdę cię to bawiło?!- wrzasnęłam z pretensją wstając na proste nogi, po czym spojrzałam na niego pytająco, a żadne moje słowo nie zdołało zmyć jego stalowego uśmieszku. Kiedy wstał pchnęłam lekko go w bark i znowu, po czym mocno chwycił moje oba nadgarstki zmęczony moją dziecinną zagrywką. Przyznaje nie była w moim stylu, ale z początku pozory budzące we mnie poczucie przy nim bezpieczeństwa, czucie jego ciepła, a potem nagle zimny prysznic, były dla mojego organizmu mieszanką wybuchową, co sprawiło brak trzeźwego myślenia.
Ponownie obdarował mnie swoim uśmieszkiem, dorzucając w gratisie te jego oryginalne spojrzenie."Jak on to opanował?"- zaśmiałam się wewnątrz.
Swoimi ruchami dał również wyraźny sygnał zmuszający mnie do spojrzenia mu w te głębokie bursztynowe oczy, w których jeżeli zatoniesz nie zdołasz wyłowić żadnych większych uczuć. Moim zdaniem oczy to jedyne źródło z którego można wyczytać jak najwięcej, on dosyć dobrze chronił te źródło przed intruzami- w tym przypadku przede mną .
-Chciałabyś mi coś powiedzieć?- przechylił lekko głowę unosząc brew.
-Jesteś dupkiem- warknęłam
-Wiesz, przez słowo "dupek"-podkreślił- Rozumiem facet, który nie odwozi dziewczyny, tym bardziej tak o nieznośnym charakterku jak ty, do domu, który jest o nieokreśloną odległość stąd. Więc lepiej zastanów się jakie słowa dobierasz.
-"Dupek"-pomyślałam ponownie. Lecz jeżeli nie chce wrócić na piechotę do domu, czy budzić swoje nieznośne wilcze instynkty muszę zmienić nastawienie do osobnika, który w tym momencie ma więcej do powiedzenia niż ja.
-Ani ja, ani ty nie zmienimy miejsca położenia dopóki - przerwałam mu- Przecież przeprosiłam.- powtórzyłam
-Masz rację, ale często do takich osóbek jak ty potrzebna jest nauczka, która może okazać się najbardziej skutecznym sposobem do przekazania ci, że ze mną się nie zadziera.
-Na prawdę?- uniosłam pytająco brwi i poczułam napływ energii, uwolniłam nadgarstki z chwytu, który nie dopuszczał w pewnym momencie do moich dłoni krwi, po czym sprawiłam, że role się odwróciły.
-Złe posunięcie- pokiwał przecząco głową, przymykając powieki.
Był silniejszy, ale dowiedziałam się tego, nie po po umięśnionej klatce piersiowej, której zarysy były widoczne przez jego białą koszulkę, ale przez to kiedy wyrwał nadgarstki z moich objęć, po czym obrócił do siebie plecami, unieszkodliwiając moje ręce, zamykając w swojej jednej dłoni, a drugą ręką unoszą mój podbródek kierując do swojej twarzy. Ponownie byłam skazana by spojrzeć mu w oczy.
Po tym jego posunięciu, mój oddech stał się niestabilny, nerwowy i przyśpieszony, nie potrafiłam zapanować nad własnym ciałem, jego ruchy, były tak szybkie, a zarazem zadziwiające mnie swoją precyzją. Nie wiedziałam, czego mogę się po tym spodziewać.
(Ache?)
On siedział już na swoim motorze nerwowo rozgrzewając silnik i susząc białe ząbki. Westchnęłam głęboko i usiadłam na skórzanym siedzeniu, nie myśląc o zaistniałej sytuacji. Czułam jak kąciki jego ust unoszą się. Wcale mu się nie śpieszyło jak twierdził wcześniej, wcale nie odczuwał strachu nad kajdanami, czy niebiesko-czerwonymi syrenami, był świadomy, że mu to nie grozi. Uniósł lekko swoją białą bluzkę i skórzaną kurtkę, przez co wyraźnie zasygnalizował, że mam objąć go w talii.
-Tak będzie wygodniej- zaśmiał się ukazując ponownie swój specyficzny uśmieszek.
-Wygodniej?-powiedziałam, brzmiąc jak jakaś histeryczka. Zmarszczyłam brwi po czym spojrzałam z ciekawości na zbliżające się radiowozy.
Nie miałam ochoty już więcej niczego komentować, miałam tylko chęć aby to wszystko dobiegło końca. Wsunęłam swoje delikatne i chłodne dłonie pod jego kurtkę, poczułam przyjemne ciepło bijące z jego ciała, ale pod żadnym pozorem moja twarz nie okazała tego typu uczuć. Poczułam też, jak chłód moich rak sprawił, że po jego ciele rozproszyły się fale dreszczy.
Ruszył pewnie i gwałtownie z piskiem opon, ufałam mu w pełni nie miałam w tym momencie wyboru.
Po woli zbliżyłam się do jego ciała, tak aby nie zauważył, opierając się o niego jednym policzkiem, ale był sprytniejszy niż mi się wydawało, odwrócił się i wysłał mi tryumfalny uśmieszek, a ja wrogo zmierzyłam go wzrokiem.
Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak on. Znam go... kto go nie zna? Jeden z mistrzów wyścigów ulicznych. Lecz nie spodziewałam się takiego charakteru, już pierwsze wrażenie wiele daje.
Zgubiliśmy ich, dźwięk znienawidzonych przeze mnie syren ucichł, pozostało tylko ich echo w mojej głowie. Z jego umiejętnościami wcale nie było to trudne, jaki i nie było trudne wpoić mi trochę ekstremalnej jazdy do zamarzniętych żył, przez co krew ponownie płynie prawidłowo.
Zatrzymał się na jakimś pustkowiu. Nie mogę określić gdzie dokładnie to było, słyszałam tylko szum morza i fale próbujące przebić się przez skały. Jedyne co było źródłem światła, to światło bijące z jego motoru.
Byłam zdezorientowana. Nie rozumiem, ja na pewno tu nie mieszkam, on za pewnie również nie, więc nie rozumiem o co mu chodzi. Nie wierzę, że będzie mścił się na mnie z powodu tych kilku ścieżek rys na jego drogocennym rumaku. Co może mnie jeszcze tu zostawi? To byłoby nie dorzeczne.
- Złaź.- rozkazał krótko. Zrobiłam dokładnie to co mi kazał. Nie spodziewałam się jego reakcji, chociaż z jednej strony nie powinno mnie to dziwić.
Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, po czym bez słowa zginął w ciemności,a mój krzyk również został stłumiony przez gęstą ciemność.Zniknął, nie czułam już tego charakterystycznego zapachu spalin drapiących płuca, oraz zapachu jego przesadnych perfum, które moim zdaniem wcale nie były mu potrzebne. Westchnęłam głęboko siadając na chłodnej ziemi, po chwili poczułam jakby czyjaś dłoń wędrowała po mojej, wstrząsnął mną kilka razy lodowaty dreszcz, czułam strach, kochałam mrok i tajemniczość, ale teraz jakby to wszystko odwróciło się ode mnie. Byłam pewna co do mojej nie przewidywalnej wyobraźni, że to właśnie ona płata mi w tym momencie figle i w pełni ją zignorowałam, ale kiedy coś zaczęło wędrować po mojej szyi w stronę twarzy nie mogłam dłużej trzymać strachu na wodzy, wzdrygnęło moim ciałem coś czego nie potrafię określić, po chwili oślepiło mnie światło tego nieszczęsnego motoru, a kiedy odzyskałam ostrość obok ujrzałam tego chłopaka.
-Buu!- wrzasnął mi do ucha, po czym obdarował mnie dziwnym wzrokiem.
-Na prawdę cię to bawiło?!- wrzasnęłam z pretensją wstając na proste nogi, po czym spojrzałam na niego pytająco, a żadne moje słowo nie zdołało zmyć jego stalowego uśmieszku. Kiedy wstał pchnęłam lekko go w bark i znowu, po czym mocno chwycił moje oba nadgarstki zmęczony moją dziecinną zagrywką. Przyznaje nie była w moim stylu, ale z początku pozory budzące we mnie poczucie przy nim bezpieczeństwa, czucie jego ciepła, a potem nagle zimny prysznic, były dla mojego organizmu mieszanką wybuchową, co sprawiło brak trzeźwego myślenia.
Ponownie obdarował mnie swoim uśmieszkiem, dorzucając w gratisie te jego oryginalne spojrzenie."Jak on to opanował?"- zaśmiałam się wewnątrz.
Swoimi ruchami dał również wyraźny sygnał zmuszający mnie do spojrzenia mu w te głębokie bursztynowe oczy, w których jeżeli zatoniesz nie zdołasz wyłowić żadnych większych uczuć. Moim zdaniem oczy to jedyne źródło z którego można wyczytać jak najwięcej, on dosyć dobrze chronił te źródło przed intruzami- w tym przypadku przede mną .
-Chciałabyś mi coś powiedzieć?- przechylił lekko głowę unosząc brew.
-Jesteś dupkiem- warknęłam
-Wiesz, przez słowo "dupek"-podkreślił- Rozumiem facet, który nie odwozi dziewczyny, tym bardziej tak o nieznośnym charakterku jak ty, do domu, który jest o nieokreśloną odległość stąd. Więc lepiej zastanów się jakie słowa dobierasz.
-"Dupek"-pomyślałam ponownie. Lecz jeżeli nie chce wrócić na piechotę do domu, czy budzić swoje nieznośne wilcze instynkty muszę zmienić nastawienie do osobnika, który w tym momencie ma więcej do powiedzenia niż ja.
-Ani ja, ani ty nie zmienimy miejsca położenia dopóki - przerwałam mu- Przecież przeprosiłam.- powtórzyłam
-Masz rację, ale często do takich osóbek jak ty potrzebna jest nauczka, która może okazać się najbardziej skutecznym sposobem do przekazania ci, że ze mną się nie zadziera.
-Na prawdę?- uniosłam pytająco brwi i poczułam napływ energii, uwolniłam nadgarstki z chwytu, który nie dopuszczał w pewnym momencie do moich dłoni krwi, po czym sprawiłam, że role się odwróciły.
-Złe posunięcie- pokiwał przecząco głową, przymykając powieki.
Był silniejszy, ale dowiedziałam się tego, nie po po umięśnionej klatce piersiowej, której zarysy były widoczne przez jego białą koszulkę, ale przez to kiedy wyrwał nadgarstki z moich objęć, po czym obrócił do siebie plecami, unieszkodliwiając moje ręce, zamykając w swojej jednej dłoni, a drugą ręką unoszą mój podbródek kierując do swojej twarzy. Ponownie byłam skazana by spojrzeć mu w oczy.
Po tym jego posunięciu, mój oddech stał się niestabilny, nerwowy i przyśpieszony, nie potrafiłam zapanować nad własnym ciałem, jego ruchy, były tak szybkie, a zarazem zadziwiające mnie swoją precyzją. Nie wiedziałam, czego mogę się po tym spodziewać.
(Ache?)
Od Adeline CD. Christiana
Rozejrzałam się po wnętrzu. W poszukiwaniu dobrego miejsca na rozmowę natknęłam się na stolik w pobliżu ogromnego okna.
-Może usiądziemy? - zaproponowałam Juliette wskazując podbródkiem na wypatrzony przez mnie stolik.
-Pewnie.- odparła ruszając z wolna w jego kierunku.
Gdy już usiadłyśmy na krzesłach ukradkiem spojrzałam na okno. Dzień stawał się już coraz krótszy. Niebo zasłaniały ciemne chmury zsyłając na ziemię zimny deszcz.
-Od kiedy tu jesteś? - zapytałam dziewczynę odrywając myśli od pogody.
-Właściwie od niedawna., dlatego się jeszcze nie znamy. - Juliette sprawiała wrażenie miłej osoby, ale jednak kilka słów, które między sobą wymieniłyśmy o niczym nie świadczą.
-Teraz mamy okazję. Znasz już kogoś z watahy?
-Tak. Nie licząc ciebie i Chrisa poznałam już kilka osób. - ewidentnie rozmowa się nie kleiła...To nie wina Juliette, gdyż po prostu nie mamy tematów do rozmowy.
(Juliette? Nie mam pomysłu ;-;)
Nowy Wilk! Oto Alaxa!
Imię i Nazwisko: Alexa Mitchel
Autor: piwonnia
Mam zaszczyt powitać nową osobę w naszej watasze! Alexa z pewnością przypadnie Wam do gustu. Życzymy Ci wiele szczęścia, przyjaźni, spełnieni najskrytszych marzeń i wszystkiego co tylko sobie zażyczysz!
~Ness Cullen
nesscullen6@gmail.com
Od Marshall'a CD Nicole
Zmrużyłem oczy i posłałem jej pytające spojrzenie. Po krótkiej chwili wybuchnąłem bezwstydnym śmiechem. Ukląkłem przed dziewczyną i oparłem dłonie o jej nagie i zimne kolana. Uśmiechnąłem się cwaniacko i uchyliłem głowę tak, aby spojrzeć w jej skierowane ku podłogę oczy.
- Dla Ciebie jest to krępujące? - Rzuciłem szorstkim, a zarazem rozbawionym głosem. - Czika, orzygałem Cię, słuchałaś jak dobijałem do podłogi w łazience a teraz stoję przed tobą wpół ubrany w kobiecy szlafroczek - Prychnąłem. - Nadal jest to dla krępujące?
Zanim jednak otrzymałem odpowiedź wstałem i doszedłem do drzwi - wraz z poduszką. Chwyciłem ręką starannie wykonaną ramę i rzuciłem dziarsko przez ramię;
- Jakbyś się stęskniła to jestem na dole.. I czekam.
Uniosłem kącik ust i podniosłem dwa palce prawej ręki - wskazujący i środkowy - do ust robiąc ten jakże znany gest. W ułamku sekundy znalazłem się na korytarzu i z trzaskiem zamknąłem drzwi. Szybko zszedłem na dół i ułożyłem się na kałczu kanapy. Sięgnąłem po pilot ułożony na stoliku i włączyłem telewizor. Wtuliłem się w podusię i okryłem pogniecionym materiałem rozłożonym już wcześnie.
<Nicole? Mi nie, ale z trudem przelewam to na komputer ._.>
- Dla Ciebie jest to krępujące? - Rzuciłem szorstkim, a zarazem rozbawionym głosem. - Czika, orzygałem Cię, słuchałaś jak dobijałem do podłogi w łazience a teraz stoję przed tobą wpół ubrany w kobiecy szlafroczek - Prychnąłem. - Nadal jest to dla krępujące?
Zanim jednak otrzymałem odpowiedź wstałem i doszedłem do drzwi - wraz z poduszką. Chwyciłem ręką starannie wykonaną ramę i rzuciłem dziarsko przez ramię;
- Jakbyś się stęskniła to jestem na dole.. I czekam.
Uniosłem kącik ust i podniosłem dwa palce prawej ręki - wskazujący i środkowy - do ust robiąc ten jakże znany gest. W ułamku sekundy znalazłem się na korytarzu i z trzaskiem zamknąłem drzwi. Szybko zszedłem na dół i ułożyłem się na kałczu kanapy. Sięgnąłem po pilot ułożony na stoliku i włączyłem telewizor. Wtuliłem się w podusię i okryłem pogniecionym materiałem rozłożonym już wcześnie.
<Nicole? Mi nie, ale z trudem przelewam to na komputer ._.>
piątek, 14 listopada 2014
Nowy Wilk!
Imię i Nazwisko: Marceline Wells
Autor: MagicznaPL
Witamy kolejnego członka naszej watahy! Mam zaszczyt przedstawić wam Marceline, mam nadzieje, iż przyjmiecie ją miło. Życzę ci dużo wspaniałych przygód, nowych znajomości, wielu przyjaciół i dobrej zabawy!
~juliaalapiotrek
molksiazkowy72@gmail.com
Od Ache CD. Juliette
Wyścigi motocykli. Jedna z "gałęzi" jego pasji. Ustawił swego rumaka na linii startu. Wokół dźwięczały inne silniki. W powietrzu unosił się zapach spalin, które maszyny wydzielały. Niektórych uspokaja zapach świeżej, porannej trawy, innych morska woń prosto znad oceanu, a jego? Duszące, gorące powietrze ulatujące prosto z rur. Ache musiał na chwilę odstąpić swoją czarną błyskawicę. Przeciskał się między innymi zawodnikami. Większość schodziła mu z drogi. Nieśmiertelnik odbijał się od jego klatki piersiowej, przez co ani na chwilę nie pozostał w bezruchu. Dwudziestolatek zatrzymał się i rozejrzał. Szukał wzrokiem przyjaciela, ale nigdzie go nie dostrzegał. Z powodu braku czasu wrócił do motocykla, który teraz leżał na ziemi. Nie wiedziałby, kim jest sprawca, gdy nie spostrzegł szybko podnoszącej się dziewczyny. Oddaliła się równie prędko. Oho, sama się zdradziła. Casas ruszył za nią. Rozegrał się krótki dialog. Próbowała go wyraźnie ugłaskać i liczyła na łatwe odpuszczenie. On nigdy długo nie żywił urazy, jeżeli wyrządzona "krzywda" nie była zbytnio... mocna?
- Przepraszam. A teraz? - spytała z naciskiem. Chyba miała go dość.
Uśmiechnął się wrednie. W jego ciemnych oczach mogła dostrzec błysk. Zainteresowanie, tajemniczość... to się w ów błysku kryło.
-Nie. - odparł krótko i jego białe zęby ukazały się dziewczynie, gdy wyszczerzył się złośliwie jeszcze szerzej.
Usłyszał jej westchnięcie. Chciał coś dodać, ale do jego uszu nagle dobiegł czyjś krzyk. Ktoś ostrzegał przed nadjeżdżającą policją. Momentalnie oderwał wzrok od nieznajomej i zaczął obserwować narastającą wrzawę. Motocykliści przepychali się między sobą. Cóż zrobić, wyścig nie był legalny.
- Dobra, mała, pora się stąd zmywać. - mruknął Ache.
Chwycił ją za przedramię i pociągnął za sobą. Kierował się w stronę swego motocykla. Nagle poczuł opór i zauważył, że to ona oponuje. Popatrzył na nią pytającym wzrokiem, a jego brwi uniosły się delikatnie, dodając mu jeszcze bardziej niezrozumiałego wyrazu twarzy.
- Nie pora na twoje bunty. Jak chcesz to zostań i padnij ofiarą piesków, ale masz też możliwość ucieczki ze mną. Tik tak, czas leci, mała. - rzucił, kolejny raz uśmiechając się złośliwie.
(Juliette? XD)
- Przepraszam. A teraz? - spytała z naciskiem. Chyba miała go dość.
Uśmiechnął się wrednie. W jego ciemnych oczach mogła dostrzec błysk. Zainteresowanie, tajemniczość... to się w ów błysku kryło.
-Nie. - odparł krótko i jego białe zęby ukazały się dziewczynie, gdy wyszczerzył się złośliwie jeszcze szerzej.
Usłyszał jej westchnięcie. Chciał coś dodać, ale do jego uszu nagle dobiegł czyjś krzyk. Ktoś ostrzegał przed nadjeżdżającą policją. Momentalnie oderwał wzrok od nieznajomej i zaczął obserwować narastającą wrzawę. Motocykliści przepychali się między sobą. Cóż zrobić, wyścig nie był legalny.
- Dobra, mała, pora się stąd zmywać. - mruknął Ache.
Chwycił ją za przedramię i pociągnął za sobą. Kierował się w stronę swego motocykla. Nagle poczuł opór i zauważył, że to ona oponuje. Popatrzył na nią pytającym wzrokiem, a jego brwi uniosły się delikatnie, dodając mu jeszcze bardziej niezrozumiałego wyrazu twarzy.
- Nie pora na twoje bunty. Jak chcesz to zostań i padnij ofiarą piesków, ale masz też możliwość ucieczki ze mną. Tik tak, czas leci, mała. - rzucił, kolejny raz uśmiechając się złośliwie.
(Juliette? XD)
Od Asy
Czerwony kabriolet bez dachu sunął po asfaltowej drodze w środku niczego. Niewątpliwie był ukradziony, świadczył o tym między innymi scyzoryk w stacyjce samochodu, jednak teraz liczyło się tu i teraz. Wiatr rozwiewał niezbyt długie włosy Asy, który kierował jedną ręką a drugą operował papierosem, aktualnie spoczywającym w bladoróżowych ustach. Po chwili dłoń oderwała go, po czym usta rozwarły się i wypuściły okręg z dymu, by zaśmiać się głośno i patrzyć na odlatujący szary krąg za przeciwsłonecznych okularów. Czarna skórzana kurtka ściągała słońce, więc wiatr był zbawieniem. Wyglądał teraz jak typowy bad-boy, ktoś kto zaraz wstanie i wykrzyczy głośno "jestem królem świata!", na ile tylko płuca pozwalają. Był taki, owszem, ale milczał wsłuchując się w niewiarygodnie głośną muzykę lecącą z głośników w rytmie rocka, zwinnie pokonując ostre zakręty z niewiarygodną prędkością, igrając z śmiercią. Patrząc jej w oczy i śmiejąc się w twarz. Sunięcie dwusetką na godzinę po krętych, śliskich drogach w dodatku na terenie obcej watahy to jeszcze nic. "Żyj szybko, umieraj młodo" w całej swej niezbyt pochlebnej okazałości. Przedzierał się przez kręte, wąskie i niebezpieczne górskie drogi, szalał na prostych, leśnych, bawił na mostach, testował zawieszenie na wybojach. Adrenalina szaleńczo pulsowała we krwi, niemal ją zastępując. W końcu postanowił zwolnić tempo, choć to raczej kwestia niebezpiecznie niskiego wskaźnika paliwa.
Nie przejmując się wcale pobytem na obcym terenie ułożył się kilka metrów od swojego samochodu zaparkowanego na łące. Trawa muskała ciało tak przyjemnie opalane przez słońce. Zmysły szalały, wczuwając się w las. Czuł ziemię pod sobą, niebo nad sobą. Otaczające życie. Przymknął zielone niczym mech oczy, zacisnął palce na wszystkim co miał pod nimi. Westchnął głośno. Lubił dawać ponieść się swoim wilczym zmysłom. Czy był tu bezpieczny? Sam nie wiedział. Zapach w tym miejscu był bardzo słaby, jakby wataha nie zapuszczała się aż tak daleko, a tym bardziej ludzie. A mówi się, że samotne wilki są słabe, nieszczęśliwe, a on był tego przeciwieństwem. Być może gdzieś tam pragnął dołączyć do watahy, jednak nikt by go nie przyjął. Czuli w nim zagrożenie, szczególnie młodsi siedzący na pozycji alfy. Miał dwadzieścia trzy lata, bardzo silny i dominujący charakter oraz predyspozycje na przywódce więc owszem, było czego się bać. Skrzyżował ręce pod głową, wygrzewając się w ciepłym słońcu. Czemu leżał tak w ludzkiej postaci zamiast jak wilk hasać sobie po łące? W sumie... to jest myśl! Wstał szybko, przerywając swój letarg, po czym ściągnął kurtkę, potem przez głowę koszulkę, zaraz opadły również spodnie. Nikt go nie obserwował - choć i tak pewnie nie sprawiałoby to mężczyźnie zbytnio różnicy - a swych ubrań nie chciał podrzeć, musiał w czymś wrócić do domu. Chwila skupienia....
I na polanie stał wilk. Złapał lekko pyskiem swe ubrania i wrzucił do samochodu, wcale się o niego nie martwiąc, nikt nie zapuszcza się daleko w las, od samej drogi miał z kilometr nie mówiąc o mieście.
Czarne futro dumnie połyskiwało w słońcu, kiedy przemierzał łąkę, by wstąpić do lasu. Czujne, zielone ślepia obserwowały teren. Nie był to naturalny wilczy kolor oczu, ani nawet nie psi. Był po prostu ludzki. Wszystko było takie, jak być powinno. Drzewa dumnie wzbijały się do góry, mech porastał te upadłe które Asa zwinnie przeskakiwał, dzikie owoce ozdabiały swymi kolorami zielono-brązowy las. Dotarł do strumienia, który pędził w dół lasu, potrącając wszelkie kamienie które były po drodze. Wstąpił na kamienną, małą plażę i szybko podszedł do bardzo płytkiego strumyczka. Parę łyków i już szedł dalej, badając teren i zapamiętując drogę powrotną. Wtedy jednak coś przykuło uwagę Asy: zapach obcego wilka. Na szczęście samotnego, bez swej watahy. Pocieszeniem był jednak pewien interesujący fakt: stworzenie to było płci damskiej. Asa, być może wilk ale nadal pies na baby, szczególnie, że nieznajoma była taka sama jak on. Wiatr wiał w korzystną stronę. Jej zapach poniósł do niego, lecz on pozostawał niewykryty. Szybko przemknął w jej stronę, ciesząc się w duchu. Tak trochę. Wilczyca była w odległości kilku metrów, gdy nagle wiatr zmienił kierunek ujawniając kryjówkę Asy.
(Adeline?)
Nie przejmując się wcale pobytem na obcym terenie ułożył się kilka metrów od swojego samochodu zaparkowanego na łące. Trawa muskała ciało tak przyjemnie opalane przez słońce. Zmysły szalały, wczuwając się w las. Czuł ziemię pod sobą, niebo nad sobą. Otaczające życie. Przymknął zielone niczym mech oczy, zacisnął palce na wszystkim co miał pod nimi. Westchnął głośno. Lubił dawać ponieść się swoim wilczym zmysłom. Czy był tu bezpieczny? Sam nie wiedział. Zapach w tym miejscu był bardzo słaby, jakby wataha nie zapuszczała się aż tak daleko, a tym bardziej ludzie. A mówi się, że samotne wilki są słabe, nieszczęśliwe, a on był tego przeciwieństwem. Być może gdzieś tam pragnął dołączyć do watahy, jednak nikt by go nie przyjął. Czuli w nim zagrożenie, szczególnie młodsi siedzący na pozycji alfy. Miał dwadzieścia trzy lata, bardzo silny i dominujący charakter oraz predyspozycje na przywódce więc owszem, było czego się bać. Skrzyżował ręce pod głową, wygrzewając się w ciepłym słońcu. Czemu leżał tak w ludzkiej postaci zamiast jak wilk hasać sobie po łące? W sumie... to jest myśl! Wstał szybko, przerywając swój letarg, po czym ściągnął kurtkę, potem przez głowę koszulkę, zaraz opadły również spodnie. Nikt go nie obserwował - choć i tak pewnie nie sprawiałoby to mężczyźnie zbytnio różnicy - a swych ubrań nie chciał podrzeć, musiał w czymś wrócić do domu. Chwila skupienia....
I na polanie stał wilk. Złapał lekko pyskiem swe ubrania i wrzucił do samochodu, wcale się o niego nie martwiąc, nikt nie zapuszcza się daleko w las, od samej drogi miał z kilometr nie mówiąc o mieście.
Czarne futro dumnie połyskiwało w słońcu, kiedy przemierzał łąkę, by wstąpić do lasu. Czujne, zielone ślepia obserwowały teren. Nie był to naturalny wilczy kolor oczu, ani nawet nie psi. Był po prostu ludzki. Wszystko było takie, jak być powinno. Drzewa dumnie wzbijały się do góry, mech porastał te upadłe które Asa zwinnie przeskakiwał, dzikie owoce ozdabiały swymi kolorami zielono-brązowy las. Dotarł do strumienia, który pędził w dół lasu, potrącając wszelkie kamienie które były po drodze. Wstąpił na kamienną, małą plażę i szybko podszedł do bardzo płytkiego strumyczka. Parę łyków i już szedł dalej, badając teren i zapamiętując drogę powrotną. Wtedy jednak coś przykuło uwagę Asy: zapach obcego wilka. Na szczęście samotnego, bez swej watahy. Pocieszeniem był jednak pewien interesujący fakt: stworzenie to było płci damskiej. Asa, być może wilk ale nadal pies na baby, szczególnie, że nieznajoma była taka sama jak on. Wiatr wiał w korzystną stronę. Jej zapach poniósł do niego, lecz on pozostawał niewykryty. Szybko przemknął w jej stronę, ciesząc się w duchu. Tak trochę. Wilczyca była w odległości kilku metrów, gdy nagle wiatr zmienił kierunek ujawniając kryjówkę Asy.
(Adeline?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)