piątek, 14 listopada 2014

Od Asy

Czerwony kabriolet bez dachu sunął po asfaltowej drodze w środku niczego. Niewątpliwie był ukradziony, świadczył o tym między innymi scyzoryk w stacyjce samochodu, jednak teraz liczyło się tu i teraz. Wiatr rozwiewał niezbyt długie włosy Asy, który kierował jedną ręką a drugą operował papierosem, aktualnie spoczywającym w bladoróżowych ustach. Po chwili dłoń oderwała go, po czym usta rozwarły się i wypuściły okręg z dymu, by zaśmiać się głośno i patrzyć na odlatujący szary krąg za przeciwsłonecznych okularów. Czarna skórzana kurtka ściągała słońce, więc wiatr był zbawieniem. Wyglądał teraz jak typowy bad-boy, ktoś kto zaraz wstanie i wykrzyczy głośno "jestem królem świata!", na ile tylko płuca pozwalają. Był taki, owszem, ale milczał wsłuchując się w niewiarygodnie głośną muzykę lecącą z głośników w rytmie rocka, zwinnie pokonując ostre zakręty z niewiarygodną prędkością, igrając z śmiercią. Patrząc jej w oczy i śmiejąc się w twarz. Sunięcie dwusetką na godzinę po krętych, śliskich drogach w dodatku na terenie obcej watahy to jeszcze nic. "Żyj szybko, umieraj młodo" w całej swej niezbyt pochlebnej okazałości. Przedzierał się przez kręte, wąskie i niebezpieczne górskie drogi, szalał na prostych, leśnych, bawił na mostach, testował zawieszenie na wybojach. Adrenalina szaleńczo pulsowała we krwi, niemal ją zastępując. W końcu postanowił zwolnić tempo, choć to raczej kwestia niebezpiecznie niskiego wskaźnika paliwa.
Nie przejmując się wcale pobytem na obcym terenie ułożył się kilka metrów od swojego samochodu zaparkowanego na łące. Trawa muskała ciało tak przyjemnie opalane przez słońce. Zmysły szalały, wczuwając się w las. Czuł ziemię pod sobą, niebo nad sobą. Otaczające życie. Przymknął zielone niczym mech oczy, zacisnął palce na wszystkim co miał pod nimi. Westchnął głośno. Lubił dawać ponieść się swoim wilczym zmysłom. Czy był tu bezpieczny? Sam nie wiedział. Zapach w tym miejscu był bardzo słaby, jakby wataha nie zapuszczała się aż tak daleko, a tym bardziej ludzie. A mówi się, że samotne wilki są słabe, nieszczęśliwe, a on był tego przeciwieństwem. Być może gdzieś tam pragnął dołączyć do watahy, jednak nikt by go nie przyjął. Czuli w nim zagrożenie, szczególnie młodsi siedzący na pozycji alfy. Miał dwadzieścia trzy lata, bardzo silny i dominujący charakter oraz predyspozycje na przywódce więc owszem, było czego się bać. Skrzyżował ręce pod głową, wygrzewając się w ciepłym słońcu. Czemu leżał tak w ludzkiej postaci zamiast jak wilk hasać sobie po łące? W sumie... to jest myśl! Wstał szybko, przerywając swój letarg, po czym ściągnął kurtkę, potem przez głowę koszulkę, zaraz opadły również spodnie. Nikt go nie obserwował - choć i tak pewnie nie sprawiałoby to mężczyźnie zbytnio różnicy - a swych ubrań nie chciał podrzeć, musiał w czymś wrócić do domu. Chwila skupienia....
I na polanie stał wilk. Złapał lekko pyskiem swe ubrania i wrzucił do samochodu, wcale się o niego nie martwiąc, nikt nie zapuszcza się daleko w las, od samej drogi miał z kilometr nie mówiąc o mieście.
Czarne futro dumnie połyskiwało w słońcu, kiedy przemierzał łąkę, by wstąpić do lasu. Czujne, zielone ślepia obserwowały teren. Nie był to naturalny wilczy kolor oczu, ani nawet nie psi. Był po prostu ludzki. Wszystko było takie, jak być powinno. Drzewa dumnie wzbijały się do góry, mech porastał te upadłe które Asa zwinnie przeskakiwał, dzikie owoce ozdabiały swymi kolorami zielono-brązowy las. Dotarł do strumienia, który pędził w dół lasu, potrącając wszelkie kamienie które były po drodze. Wstąpił na kamienną, małą plażę i szybko podszedł do bardzo płytkiego strumyczka. Parę łyków i już szedł dalej, badając teren i zapamiętując drogę powrotną. Wtedy jednak coś przykuło uwagę Asy: zapach obcego wilka. Na szczęście samotnego, bez swej watahy. Pocieszeniem był jednak pewien interesujący fakt: stworzenie to było płci damskiej. Asa, być może wilk ale nadal pies na baby, szczególnie, że nieznajoma była taka sama jak on. Wiatr wiał w korzystną stronę. Jej zapach poniósł do niego, lecz on pozostawał niewykryty. Szybko przemknął w jej stronę, ciesząc się w duchu. Tak trochę. Wilczyca była w odległości kilku metrów, gdy nagle wiatr zmienił kierunek ujawniając kryjówkę Asy.

(Adeline?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz