poniedziałek, 17 listopada 2014

Od Iaan

Maszerowałam, w swej jak zwykle, wilczej formie, po lesie. Ot tak, bez konkretnego aniżeli celu. Hmm, może nie był on w wcale tak bardzo bezcelowy, jak mi się na początku wydawało. Otóż w pewnym momencie poczułam straszliwy głód, to uczucie ssania w żołądku, którego tak strasznie nienawidzę. Toteż ruszyłam przed siebie, poszukując zapachu jakiejś zwierzyny która nadałaby się na większy posiłek. Na szczęście chwilę potem biegłam już w kierunku, z którego dobiegała przyjemna woń zajęcy. W tym chwilowym górowaniu wilczych zmysłów nie zintepretowałam faktu, iż nieopodal znajduje się straszliwe miejsce, zwane miastem.
Skradam się, mój brzuch cicho szoruje po ściółce leśnej, uszy drgają pod wpływem podniecenia, a ślepia wpatrują się w niczego nie podejrzewającego królika. Dwa metry, jeden metr... O skok! Krótka szamotanima, a potem śmiertelne ugryzienie w tętnicę. Już po chwili rozszarpuję flaki swojej ofiary, delektując się smakiem surowego mięsa. Przyznaję, przydałoby się kilka przypraw, ewentualnie coś do popicia, ale jestem wilkiem, nie człowiekiem, a to oznacza iż nie gotuję. Zaraz, zaraz... Jestem człowiekiem, tak samo jak wilkiem. A więc mogę przyprawiać jedzenie! Mogę robić, co tylko mi się spodoba! Nie mam nikogo, toteż nikogo nie będę obchodziła!
Z tą radosną myślą rzucam się na jedzenie bez opamiętania, nie zważając na to, czy się zadławię, lub też nie. Po tak szybko skonsumowanym posiłku ruszyłam ile sił w łapach nad najbliższe jezioro. Niestety, mój rozweselony umysł zapomniał, że jezioro to znajduje się nieopodal miasta. Tak więc niczego nieświadoma pędzę w kierunku wody, posługując się jedynie węchem. A kiedy wybiega spomiędzy drzew, przemykam po trawiastej plaży, by ostatecznie wskoczyć z wielkim pluskiem do wody. Kiedy moje łapy dotykają nieco mulistego dna, ignorując śmierdzący odór cieczy, zaczynam skakać, gonić za własnym ogonem... Jednym słowem zachowywać się jak szczeniak. Wtem rzucam się na głębszą wodę, a po utraci gruntu pod opuszkami łap poczynam płynąć. Robię kilka kółek, nurkuję, a po kilkudziestu minutach wychodzę zziajana na brzeg. Mimo łap grzęznących w mule rzecznym wydostaję się na wybrzeże. Tam przewalam się na bok i z lubością rozciągam w promieniach słońca. Ach, cóż za wspaniałe uczucie!
Jednak coś mi nie pasuje. Otóż zapach mojej sierści przybrał przykry odcień chemikaliów. Toteż rozejrzałam się wokół, poszukując wyjaśnienia tej zagadki.
Dopiero wówczas dotarło do mnie, gdzie się znajduję. Moje ciało się napięło, poderwałam się na sztywne łapy i uciekłam. Kończyny niosły mnie, gdzie się da, ale w pewnym momencie coś boleśnie chwyciło i zakleszczyło się na mojej łapie. Wydałam z siebie skowyt bólu i zaskoczenia, upadając przy tym jak długa na ziemię. Zdezorientowana skierowałam wzrok na bolącą kończynę- cała był zaś spuchnięta, uwięziona we wnykach. Fakt ten przeraził mnie niezmiernie, toteż zawyłam, głośno, żałośnie.

(Ktoś raczy?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz