Głośne, głębokie westchnienie, przemieniające się powoli w szybki, urywany oddech. Ciarki wskoczyły chyżo na jej plecy i dosiadły niczym zapierającego się rumaka. Wbijały ostrogi przerażenia w skórę i przecinały na wskroś z lubością. Nogi w najmniej odpowiednim momencie postanowiły wymówić posłuszeństwo i strajkując wbiły się w ziemię. Nie było teraz mowy o jakimkolwiek ruchu czy nawet lekkim drgnięciu. Całkowity paraliż ciała, niczym człowiek umierający w spokojnej agonii. Ona sama czuła jakby za chwilę miała zejść ze świata żywych. Blask księżyca tonął w jej wielkich, szeroko otwartych oczach, a usta zastygły lekko rozchylone w namiętnym pocałunku strachu.
Elizabeth nie należała do osób, które łatwo wystraszyć machając jej nożem przed nosem czy przystawiając pistolet do skroni. Potrafiła bronić się i to najczęściej z bardzo korzystnym dla siebie skutkiem. Dużą przewagę stanowił fakt, iż jej ludzka krew musiała sąsiadować w tętnicach z tą wilczą. Walka w pojedynkę nie stanowiła więc większego problemu.
Ale teraz, stojąc naprzeciw czterech wilków z wrogiej watahy, które obnażając kły i zbliżając się nieustannie powarkują, co nie może świadczyć o dobrych z ich strony intencjach, nie mogła się ruszyć. W jej głowie myśl o tym, że niechybnie zginie kołatała się niczym zamknięty w klatce ptak.
Wilcza krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach, dotarła do serca i w rozpędzie uderzyła mocną falą. Nagle w ciele Elizabeth zaczęły zachodzić zmiany. Źrenice zwęziły się, paznokcie zakrzywiły się, śnieżnobiałe zęby przeistoczyły się w mordercze kły. Ból był nie do opisania, jak przy każdej zmianie. Szarpał jej wnętrznościami, zdawał się wysysać resztki powietrza z płuc, sprawiając nieznośną udrękę każdemu mięśniowi jej ciała. Uderzał wtedy, kiedy myślała, że odszedł, a on śmiejąc się szyderczo, grał koncert czarnych plam przed jej oczami.
Wiedziała, że mimo przemiany nie ma szans. Ból ściskał ją w swojej mocarnej łapie, nie zdążyłaby uciec.
<Ktoś poratuje? :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz