Dzisiaj miałam ciężki dzień w pracy, wyjechałam w teren zrobić parę fotek, nagrać parę relacji, a później przenieść to na papier, ale grunt, że jakoś to poszło i gdy skończyłam odetchnęłam z ulgą.Zaniosłam to do pani Megan i wyskoczyłam na kawę.Poszłam do mojej ulubionej kafejki i zamówiłam tam mocna kawę i ciastko.Ach dobrze, że wreszcie chwila ulgi.Przyglądałam się przez szybę zabieganym ludziom, którzy z pokerową twarzą przemierzali ulicę. Tu grupa studentów, za nim jakiś biznesmen, a tam dalej matka z dwojgiem dzieci, wystawiającym ręce w stronę sklepu z zabawkami.Przed nią jakaś dama z pięknym purpurowym kapeluszem na głowie i telefonem przy uchu.Ale nigdzie żadnej osoby, która by się uśmiechnęła do drugiej osoby. Spojrzałam na zegarek, wskazywał za kwadrans czwartą.Muszę się zbierać, zaraz autobus.Wstałam, założyłam swój płaszcz i poszłam zapłacić rachunek. Po czym podziękowałam, uśmiechnęłam się i wyszłam.Szybkim krokiem zmierzałam na autobus, uśmiechając się wdzięcznie do przechodniów, kry część z nich odwzajemniła. Za chwilę na przystanek zajechał autobus nr.105a, o to mój. Wsiadłam do niego i jak zwykle o tej porze był zapchany, o nie jeszcze trochę się pomęczę i dokonuje zakupu autka i zdania prawka.Już jutro pójdę zapisać się na kurs. Oczywiście ścisk ściskiem, ale ten zapach i brak tlenu doprowadza do ciężkiej rozpaczy. Dwudziestominutowa męka i nareszcie tlen! Weszłam do parku i przysiadłam na ławce. Wyjęłam z torby książkę "Żmija w szpilkach" i zaczęłam czytać. Gdy doszłam do momentu kiedy, Sidne kieruje sztylet w stronę Barego, Drogą przeszedł chłopak, popatrzył się na mnie i uśmiechną się szyderczo.Ja zmierzyłam go wzrokiem i wyszczerzyłam się do niego, jak to już mam w naturze i w myśli powiedziałam sobie Drań, a dlaczego? Ten uśmiech i oczy mówią wszystko, jakby to ująć w słowa burak fałszywy. Wróciła do czytania, ale litery układały się tylko w jedno całe G.Cały czas skakał mi po myśli ten ktoś, te oczy, ten uśmiech, tak jakbym go już kiedyś widziała... Nie, nie ma co sobie głowy tym zawracać.Złożyłam książkę, wstałam i ruszyłam dróżką wychodzącą z parku tuż na piaszczystą drogę ciągnącą się do lasu. Wyszłam z bramy i nagle poczułam czyjś oddech za plecami, przyspieszyłam. Nie chciałam się odwracać bo obawiałam się, że zastane coś, czego nie chce sobie wróżyć. Im moje kroki były szybsze, tym tamte kroki przyspieszały. Czułam już woń sosnowego lasu, czułam coraz bardziej tego osobnika. W końcu się zdenerwowałam, odwróciłam się i zasadziłam ostrego plaskacza. On tylko zaśmiał się szyderczo, a raczej wybuchną śmiechem, a dłonią pomasował swój czerwony policzek.Ja popatrzyłam się w jego oczy, coś mi przypominały, coś tylko co? Jego śmiech stawał się irytujący.
-Koleś ogarnij się bo zaraz uszkodzę twoją piękną twarzyczkę.
-No to wal!
Nie czekałam i skierowałam swoją pięść w jego stronę, on ją złapał i kurczowo zacisną.
-Po co to wszystko? Tylko po to byś się świetnie bawił?
-Twoja mina, bezcenna.Wiesz tak ładnie się uśmiechasz, a te oczy pełne nienawiści.
Coraz mocniej zaciskał moją dłoń i szczerzył do mnie swoje zęby.W mojej głowie w końcu zapaliła się zielona lampka.Po woli odczuwał w ręce mrowienie i ból.Próbowałam uwoliń swoją rękę, ale na nic się to nie zdało.
-Wiem
-Co takiego?
-Ja cie znam, a raczej znałam. Te oczy, ten uśmiech. Najlepszy kumpel Martina, drań z 3c.Dobrze cie pamiętam, a tego matoła to całkiem.Dobry z niego kumpel był nie? Szkoda, że w tedy ocaliłam mu życie.Co prawda w szkole krótko byłeś i później o tobie słuch zaginą, ale ja cie pamiętam, przez mgłę, ale pamiętam.Cóż za przypadek, że cię tu spotykam, przypadek.
(Asa?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz