wtorek, 11 listopada 2014

Od Victora Cz.1

Tęskniłem za swoją matką.
Nie potrafiłem wyjaśnić tego opiekunowi, bo wiedziałem, że gdy on myślał o moich rodzicach, widział tylko brutalne blizny, które pozostawili na moich nadgarstkach. We mnie samym pamięć o tym, jak matka starała się zabić małego potwora, którym się stałem, tkwiła tak mocno, że czasami zdawała się rozsadzać mi czaszkę. Rany psychiczne były na tyle głębokie, że wręcz czułem dotyk żyletek, ich ostrza na skórze za każdym razem, gdy znalazłem się w pobliżu wanny.
Ale miałem też inne wspomnienia związane z matką. Pojawiały się zawsze wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewałem. Jak na przykład teraz, gdy siedziałem skulony na krześle obrotowym w studiu, z książką leżącą nieopodal leżących dłoni, i obserwowałem skradanie się wieczoru za oknem. Ostatnie słowa jakie przeczytałem, błądziły na moich ustach. Autor zdawał się mówić o mnie, chodź nie miał możliwości mnie spotkać:

„(…) Bo nie jestem ja wilkiem i krew mam niewilczą (…)”

Na dworze ostatnie promienie słońca oblewały krawędzie zaparkowanych samochodów oślepiającym bursztynem i wypełniały kałuże na ulicy płynnym złotem. Wnętrze studia znajdowało się już poza zasięgiem zamierającego dnia. Ciemnawe, puste, na wpół uśpione.
Do końca mojej zmiany brakowało dwudziestu minut.
Dziś miałem urodziny.
Pamiętałem, że w tym dniu matka raz upiekła dla mnie babeczkę. Nigdy tort, jako że było nas zaledwie dwójka; ja jadłem tyle co nic, a w dodatku często wybrzydzałem. Tort z pewnością zepsułby się, zanim byśmy go zjedli do końca.
Mama przygotowała więc babeczki. Wciąż miałem w pamięci zapach lukru waniliowego, w pośpiechu nakładanego na wierzch ciastek nożem od masła.
Moja babeczka była specjalna, ze świeczką wciśniętą w lukier. Malutki płomyk, kropelki stopionego wosku drżące tuż pod nimi; ciastko zamieniające się w coś jasnego, pięknego i wyjątkowego.
Ciągle jeszcze pamiętałem ostrą woń zapałki pocierającej o deskę, widziałem odbicie ognika w oczach matki, czułem miękkość poduszki wyściełającej kuchenne krzesło, na którym siedziałem z podwiniętymi nogami. Słyszałem jak matka mówi mi, żebym położył grzecznie ręce na kolanach, i obserwowałem, jak stawia przede mną ciastko – nie pozwalała mi trzymać talerza na kolanach ze strachu, że strącę świeczkę i się poparzę.
Moja matka zawsze obchodziła się ze mną ostrożnie, aż do dnia, gdy zdecydowała, że muszę umrzeć.
Oparłem czoło na dłoniach i spuściłem wzrok na podniszczony róg książki leżącej pomiędzy moimi łokciami. Widziałem, że okładka nie składa się z pojedynczej warstwy papieru. Że w rzeczywistości jest to zadrukowany gruby karton pokryty folią ochronną, która złuszczyła się, jakby chciała pozwolić mu poplamić się, wystrzępić, podrzeć i pożółknąć.
Zastanawiałem się czy naprawdę pamiętam, jak matka piecze dla mnie babeczki, czy też mój mózg zaczerpnął ten obraz z jednej z wielu książek , które przeczytałem. Czy to była klisza przedstawiająca scenę z udziałem jakiejś innej kobiety, którą przeniosłem na własne doświadczenia, żeby wypełnić pustkę?
Otworzyłem oczy, nie podnosząc głowy. Blizny na nadgarstku znalazły się bezpośrednio na wysokości mojego wzroku. W przyćmionym świetle widziałem żyły pod półprzeźroczystą skórą; ich jasnoniebieskie rozgałęzienia znikały pod nierówną tkanką bliznowatą.
Mama…
We wspomnieniu sięgnąłem po babeczkę rękoma gładkimi i nieoznaczonymi bliznami, jeszcze nieskazitelnymi i tak kochanymi przez moją rodzicielkę. Matka uśmiechnęła się do mnie.

„Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin”.

Zamknąłem oczy.
To nie była moja wina, że urodziłem się inny… Ale to ja byłem przez to karcony.
Nie wiedziałem jak długo tak siedziałem. Gdy usłyszałem jęknięcie otwieranych drzwi, aż podskoczyłem. Ujrzałem postać Tony’ego – który przyszedł na swoją zmianę. W jednej ręce ściskał tackę z napojami, w drugiej papierową torbę z Subway’a. Obecność mężczyzny rozjaśniła wnętrze studia, jakby ktoś zapalił dodatkowe światło.
Byłem zbyt zaskoczony jego widokiem, bo zazwyczaj spóźniał się przynajmniej dziesięć minut. Tony położył prowiant na ladzie i promiennie klepnął mnie w ramie.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – popatrzył na mnie ożywiony.
Zamknąłem książkę i usiadłem prosto na fotelu.
- Skąd wiedziałeś?
- Sean mi powiedział, zanim zachorował – wyznał Tony – Ale to ty powinieneś mi powiedzieć!
Założył na siebie słuchawki odbiorcze i wsadził rurkę do pierwszego z napojów. Po czym pochylił się w moją stronę. Dziś miał chyba ten jeden z lepszych dni, bo nie przestawał się uśmiechać.
- O czym myślałeś kiedy zostałeś tu sam na pastwę losu? Wyglądasz jakbyś się dopiero obudził – zaśmiał się, krzyżując swoje ciemne brwi –Mam nadzieję, że nie zanudzałeś naszych słuchaczy.
- Puściłem im piosenki, które weszły teraz w top listę. A myślałem o życiu i takie tam inne bzdety – westchnąłem okręcając się na obrotowym fotelu.
- Co za miły temat do rozważań – skomentował rozbawiony.
A potem uśmiechnął się i wskazał na jedzenie.
- Mam coca cole, kanapki i…kanapki. Sorry, bo mogłem kupić coś lepszego na tą twoją uroczystość ale jak wiesz jestem trochę spłukany. To co, jemy?
- Dzięki – uśmiechnąłem się, czując jak brzuch skręca mi się z głodu.
- Moment, moment – odsunął ode mnie tackę – Ty wykorzystaj swoje bicepsy do trzymania napojów – zażartował – A ja wezmę kanapki bo ich nie da się tak łatwo zepsuć. Bo gdybyśmy ubrudzili ten drogocenny sprzęt ketchupem mógłbym się pożegnać z pożyczką od szefa.
Uśmiechnąłem się kącikiem ust i chwyciłem od niego kanapkę wypełnioną pieczoną wołowiną i majonezem. Położyłem tackę z napojami na kolanach a w tedy Tony zanucił: „Sto lat” strasznie fałszując. I gdyby nie to, że ten gościu miewa wielkie napady przeróżnych odmian głupawek, pomyślałbym, że w tych napojach oprócz coli dodano nam jakiś alkohol.
- I jeszcze dłużej – dodał w zupełnie nowej tonacji – i żebyś zawsze ze mną pracował, bo ty jedyny pozwalasz mi się spóźniać – wskazał na mnie żartobliwie palcem - Oczywiście sukcesów w pracy i nie w pracy.
Stuknął się swoim kubkiem o mój i pociągną duży łyk przez rurkę.
- Jakieś ostre nowinki na temat nieprzejezdnych dróg, zawyżenia paliwa czy też bardzo interesującej mody? – mocniej usiadłem w fotelu, zmieniając temat.
Tony pokręcił palcem, przełykając napój.
- Nie tym razem – podał mi gazetę.
Chwyciłem ją i otworzyłem na pierwszej stronie, lustrując napisy wzrokiem.
Za to Tony przełączył się na mikrofon, zaczynając swoją pracę, z uśmiechem na twarzy:
- Dzień dobry New York’u! A lepiej mówiąc: dobry wieczór! Chciałbym szczególnie dzisiaj pozdrowić wszystkich solenizantów i życzyć zdrówka i jak to się mówi ‘Asa w kieszeni’. Aby ta noc była dla was początkiem czegoś niezwykłego, bo w tym kraju wszystko jest możliwe! – zaśmiał się swoim aktorskim śmiechem – U nas wybiła właśnie godzina siedemnasta i jak zwykle czas na krótkie ogłoszenia parafialne, które odbędą się już za chwilę. A teraz przed państwem nowa piosenka zespołu „Black Bingo” pod tytułem „Dragons Boys”. Mam nadzieje, że wam się spodoba, bo naprawdę wpada w ucho i może tak jak i mnie, wam też rozświetli tą mglistą noc. Więc jedźcie ostrożnie. A ja wracam do państwa już za kilka minut.
Tony odłączył się od mikrofonu, puszczając obiecaną piosenkę. Po czym znów jakby nigdy nic powrócił do mojej dawnej rozmowy.
- To co? Znalazłeś coś ciekawego w tej gazecie? – zapytał.
Mruknąłem przerzucając na kolejną stronę.
- Nasi wygrali z Włochami w siatkówce…
- Nie wiedziałeś o tym! – przerwał mi w pół zdania – Cały kraj o tym huczy od tygodnia! Na jakim ty świecie żyjesz?
Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Ostatnio nie bywam w domu. Zrobiłem sobie wolne od poniedziałku i to mój pierwszy dzień w realnym świecie – stwierdziłem.
Polubiłem posługiwać się półprawdami, bo przynajmniej nie miałem wyrzutów sumienia, że kłamię. Ostatnio mój stan jest dość niepewny, jakby przez tą kijową pogodę. Na dłuższą metę nie potrafię utrzymywać się w ludzkim ciele.
- To tyle, co cię zainteresowało?
Oddałem mu gazetę, ale ona znów mi ją podał.
- Otwórz na stronie dziewiątej – nakazał.
Zrobiłem tak jak mówił.
- A teraz popatrz na dolny nagłówek.
Kiedy mój wzrok wyśledził słowa, zamarłem. Serce nieznośnie przyśpieszyło, a moje źrenice błysnęły strachem. Napisano o wilkach… Przygryzłem wargę.
- Wiem, że interesowałeś się tymi zwierzętami, więc to też powinno cię zaciekawić – odparł.
„W lesie Lost Soul znacząco powiększyła się ilość wilków, co niestety nie wpłynęło dobrze na tutejszą gospodarkę. Rolnicy skarżą się na zniszczone pola a leśniczy zauważył, że zwierzęta te, coraz mniej boją się ludzi. To nie są dobre wiadomości dla pobliskich wsi. Trzeba się trzymać na baczności i pilnować swoje dzieci. Jeśli zostaną wykryte inne oznaki niebezpieczeństwa dla naszej ludności, sprawa o zmniejszenie ich populacji przez kłusownictwo zostanie zgłoszona. Bo jeśli wilki przestają się nas bać, musimy doprowadzić je do porządku dla dobra obywateli”
Przełknąłem ślinę. Sprawa jest poważna. Nie tylko zwykłe wilki będą zagrożone ale i wilki, które pod warstwą futra mają ludzie serca.
Zerwałem się z krzesła.
- Muszę już iść, skończyłem pracę – założyłem na siebie pośpiesznie płaszcz.
- A co z kanapkami? – zawołał zdezorientowany Tony.
Popatrzyłem na niego ulotnie.
- Dzięki ale nie dzisiaj. Rodzina wzywa – rzuciłem i wybiegłem z budynku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz