Patrzyłem przez chwilę z lekkim zainteresowaniem na śnieżnobiałego wilka i zastanawiałem się co począć. Teoretycznie był na moim terenie i mogłem go zaatakować, ale to była tylko teoria. Czuć było od niego charakterystyczny zapach człowieka. Czyli, jeśli mój mózg jeszcze ma na tyle siły aby normalnie pracować jest to wilkołak. Kiedy robię krok do przodu ten cały się zjeża, warcząc ostrzegawczo na co ja uśmiecham się w duchu. Przekrzywiam głowę w bok i zastanawiam się co muszę zrobić. W końcu wchodzę w głąb lasu i zmieniam się w człowieka, ubieram się aby nikogo nie przestraszyć i znowu wychodzę. Nadal stoi nastawiając uszy w moim kierunku, uśmiecham się i wsadzam ręce w kieszenie.
-Dzień Dobry, a raczej wieczór. - mruczę, stojąc w lekkim rozkroku. Mimo wszystko, on może się posunąć do wszystkiego więc ja muszę być gotowy do obrony. Wilk zasłania kły i nie warczy lecz przygląda mi się próbując chyba ocenić w jakim stopniu jestem niespełna rozumu. - Może pogadamy? Jak ludzie? - pytam, chociaż nie jestem pewny czy to do niego dotrze. Kiedy on nagle znika w lesie, stoję przez chwilę próbując zdecydować czy sobie pójść czy poczekać bo on coś robi w krzakach. Wzruszam ramionami i odwracam się, kiedy już mam sobie iść słyszę jak ktoś chrząka. Wzdycham, wiedziałem, że nikt nie pójdzie mi na rękę. Odwracam się na pięcie i spotykam się z obojętnym względnie spojrzeniem. Przyglądam mu się z chłodną barwą w oczach. Oby dwaj milczymy i nie zanosi się na to aby to on odezwał się pierwszy więc zaczynam starą gadką.
-Nie wiem kim jesteś, ale wiem, że jesteś na moich terenach. - urywam na chwilę aby ta informacja do niego dotarła. Mruży podejrzliwie oczy co nie umyka mojej uwadze. Rozgląda się niby zaintrygowany.
-Od kiedy las państwowy jest twoim terenem? - pyta gorzko a moje usta rozciągają się w leniwy uśmiech. Bingo, plus dziesięć dla niego.
-Od kiedy żyje tu wataha, a podejrzewam że tu już spory okres czasu. - nawet nie mam zamiaru liczyć. Była ona za moich rodziców i podejrzewam, że za pradziadów również.
-Wataha. - powtarza ironicznie na co ja wzdycham krótko z mniejszym uśmiechem.
-A i owszem. - kiwam głową. - Czyli kilka, kilka..
-Wiem co to jest wataha. - przerwa mi.
-Tak? Wyglądasz jakbyś nie wiedział. - znowu przekrzywiam głowę na bok. Hm, to trochę paskudny nawyk. Trzeba nad nim popracować. - Jak ci na imię? - pytam spokojnie.
Przez chwilę widzę wahanie na jego twarzy, więc stoję i czekam aż coś powie.
-Luca. - oznajmia po długiej chwili oczekiwania. - A ty..?
Klaszczę w dłonie i teatralnie się kłaniam.
-Witam w skromnych progach mej watahy drogi Luca. - unosi zdziwiony brew. - Me imię to Christian. Co mogę dla ciebie zrobić? Tylko proszę nie wspominaj o szybkich numerkach, mam dość tego typu próśb. - jejku, mam nadzieje, że nikt nie przyzwyczai się do dobrego i miłego Christiana to strasznie męczące jest. Ta cała dobroć.
<Luca?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz